Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bagley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bagley. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 listopada 2020

"List Vivera" — archeologicznie

Tytuł:           List Vivera      
Tytuł oryginału: The Vivero Letter
Autor:           Desmond Bagley   
Wydawnictwo:     Amber            
Rok 1. wydania:  1968             

Akcja zaczyna się od trupa znalezionego na farmie w Anglii, a kończy w Ameryce Południowej. Wszystko kręci się wokół zarośniętego przez dżunglę miasta Majów. Szuka go zmontowana naprędce (acz na bogato) ekspedycja archeologiczna. Ale nie tylko oni... A że znalezisko obiecujące, to szybko odkrywcom zaczyna grozić niebezpieczeństwo. Zastanawiam się, czy to aby nie pierwowzór Indiany Jonesa.

Czyta się z zainteresowaniem. Na początku ciekawi nas, kto zabił tego farmera, brata protagonisty. Dość szybko się tego dowiadujemy, ale pojawia się tytułowy list Vivera (pojmany przez Majów konkwistador), wspominający o przebogatym mieście, w którym pełno złota. A wiadomo, że Eldorado zabiło już niejednego. Także i w tej książce trup ściele się gęsto, zwłaszcza pod koniec.

Bohater niby jest zwykłym księgowym. Ale w potrzebie odnajduje w sobie sporo talentów, nie zawsze uświadamianych. W książce odgrywa rolę laika, któremu zawodowi archeolodzy muszą tłumaczyć najróżniejsze rzeczy, dzięki czemu i czytelnik dowiaduje się, o co chodzi.

Nie usatysfakcjonowały mnie opisy dżungli. Oj, straszna, wyjątkowo gęsta, helikopter nie może wylądować, wody nie ma... Ale Europejczyk bez przygotowania, bez jedzenia i praktycznie bez sprzętu jakoś jest w stanie przeżyć kilka dni. I nawet nic go nie zeżarło. Tylko raz napotyka na węża. Nie mówię, że za każdym krzakiem musi się czaić jaguar, ale owady chyba powinny im przeszkadzać. A tu raptem kilka wzmianek o moskitierach, ze dwa zdania o samych moskitach i to by było na tyle. Więcej robactwa można spotkać w zwyczajnym, resztkowym, polskim lesie.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

środa, 14 grudnia 2016

"Lawina" — nietypowa konstrukcja

Tytuł:           Lawina                         
Tytuł oryginału: The Snow Tiger                 
Autor:           Desmond Bagley                 
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Adamski i Bieliński
Rok 1. wydania:  1975                           

Dobra książka do czytania zimą. Czy też podczas tej pory roku, która ostatnio za zimę uchodzi. Nawet nie podejrzewałam, że śnieg może być tak fascynujący, że istnieją ludzie, którzy tylko nim się zajmują.

Zwraca uwagę konstrukcja książki. Niby już wszystko wiadomo, tytułowa lawina zeszła pół roku temu, dokładnie wiadomo, ile pochłonęła ofiar, sensacja zakończona... A jednak z ciekawością poznajemy odkrycia komisji dochodzeniowej przesłuchującej kolejnych świadków. I Bagley potrafi podtrzymać zainteresowanie czytelnika. Nie brakuje zwrotów akcji, świadkowie ciągle pokazują nowe fakty. Warto zaznaczyć, że nie czytamy suchych zeznań, lecz przenosimy się w czasie, bezpośrednio obserwując wydarzenia.

Być może uwagę odbiorcy zapewniają chwytliwe hasła: "kopalnia złota", "ofiary śmiertelne", "miliony dolarów"... Może trick z pokazaniem najpierw skutków lawiny, a dopiero później błędnych decyzji, które zwiększyły liczbę trupów. A może egzotyka miejsca — malutkie, niekiedy odcięte od świata, miasteczko w Nowej Zelandii.

Przez salę posiedzeń przewija się cała plejada postaci kierowanych rozmaitymi motywami. Bohaterowie są zróżnicowani, może tylko nieco zbyt czarno-biali. Ale nie narzekam. Autor błyskawicznie skłania czytelnika do opowiedzenia się po stronie głównego bohatera, więc cieszą głupota i krótkowzroczność wrogów oraz przymioty przyjaciół.

Zgrzytnęło mi uznanie roku 1900 za początek dwudziestego wieku. No, nie uchodzi...

Książkę można było lepiej zedytować — zostało stosunkowo dużo literówek. A szkoda, bo psują wrażenie z całkiem przyzwoitej lektury.