Autor: Magdalena Szydeł
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
W Poznaniu ginie, bestialsko zamordowana, starsza pani. Tak składa, że prywatne śledztwo w tej sprawie prowadzi dziennikarka, która wcześniej urlopowała się, dochodząc do siebie po traumie. Nawet udaje jej się dotrzeć na miejsce zbrodni przed policją.
Sama śmierć interesująca i przemawiająca do wyobraźni. Ale śledztwo prowadzone przez bohaterkę... Irytowała mnie jej amatorszczyzna. Kobieta miota się bez sensu, wpisuje na listę podejrzanych wszystkich, którzy znaleźli się w okolicy... I chyba ma jakąś awersję do bibliotek i innych miejsc z dużą koncentracją informacji. Kiedy chce się dowiedzieć o pewnej grupie malarskiej, spaceruje po dzielnicy, w której mieszkali artyści. Ktoś musi jej podpowiedzieć, żeby poszła do muzeum...
Jakimś cudem udaje jej się wpaść na trop (IMO, liczba szczęśliwych zbiegów okoliczności dawno przekroczyła dopuszczalną), ale jej amatorszczyzna mnie męczyła. Co w tym czasie robiła policja? No, mieli trochę utrudnione zadanie, bo dziennikarka musiała narobić śladów na miejscu zbrodni, ale chyba mają tam jakichś fachowców?
Książka zawiera bardzo dużo waty — wątki babci bohaterki, jej znajomych, a szczególnie klubu, który wspólnie organizują, czy kocicy Mielonki absolutnie nic nie wnoszą do fabuły. Fragmenty gejowskie niby można uznać za przesłanie, ale jakoś wydały mi się wciśnięte na siłę i dopchnięte kolanem.
Czasami coś mnie uwierało. Osiemdziesięcioletni polityk zamierza kandydować na prezydenta miasta? No, niby to możliwe, ale mało prawdopodobne. Bohaterka wynajmuje pokój w hotelu na tyle daleko od badanej dzielnicy, że musi wiecznie uganiać się za ostatnimi autobusami, dziennikarka, która nie potrafi powtórzyć słowa "kotylionowy"...
Nie zauważyłam wpadek językowych, za to podobały mi się wstawki pisane śląską gadką.