Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Card. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Card. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2020

"Cień Hegemona" — wojny na Ziemi

Tytuł:           Cień Hegemona        
Tytuł oryginału: Shadow of the Hegemon
Autor:           Orson Scott Card     
Wydawnictwo:     Prószyński i S-ka    
Rok 1. wydania:  2001                 

Wojna z Robalami się skończyła, zaczęła się polityka czyli wojna na Ziemi. Na początek Achilles (któremu ktoś pomógł wydostać się ze szpitala psychiatrycznego) porywa grupę Endera. Prawie całą, za wyjątkiem wysłanego w Kosmos przywódcy oraz Groszka, na którego ciągle poluje. A genialny Groszek próbuje odbić dzieciaki. Przy okazji poznaje cenę swojej superinteligencji.

Wydaje mi się, że bardzo trudno stworzyć wiarygodnego geniusza. Groszek jest niby taki cudowny, ale popełnia oczywiste błędy. Na przykład bardzo dużo czasu potrzebuje, żeby zrozumieć, że jego twarz jest rozpoznawalna. I to miesiące po tym, jak matka Endera powiedziała mu to wprost.

Widzę również inne niedociągnięcia — Groszek i Peter Wiggin spotykają się, a potem zaczynają nieufnie obwąchiwać. Jakby Groszek (z jego absolutną pamięcią) zapomniał, że w poprzednim tomie to on podrzucił Demostenesowi i Locke'owi pomysł zadbania o absolwentów Szkoły Bojowej. A teraz chłopcy udają, że się w ogóle nie znają, jakby Autorowi umknęły szczegóły pierwszej części.

Niemniej jednak książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Zapewne dlatego, że adresowana jest raczej do młodzieży — postacie czarne albo białe (no, jeden Peter Wiggin może budzić wątpliwości), ci dobrzy prawie nie umierają... I, oczywiście, wielu z bohaterów to nastolatki.

Fabuła chyba potrafi trzymać w napięciu. Nie mam pewności, bo czytałam książkę już wcześniej i wiedziałam, kto zostanie uratowany, a kto nie.

Wpadła mi w oko jedna literówka. Pojawia się stosunkowo dużo wtrąceń (zapewne z portugalskiego). Podobno są to wyrazy ze slangu używanego w Szkole Bojowej, ale wcześniej jakoś ich natężenie nie zwróciło mojej uwagi.

czwartek, 7 marca 2019

"Cień Endera" — początek bocznej sagi

Tytuł:           Cień Endera      
Tytuł oryginału: Ender's Shadow   
Autor:           Orson Scott Card 
Wydawnictwo:     Prószyński i S-ka
Rok 1. wydania:  1999             

Trudno tę książkę nazwać sequelem do "Gry Endera", bo rozgrywa się dokładnie w tym samym czasie. Pokazuje identyczne wydarzenia (na ogół), tylko z innej perspektywy — Groszka, genialnego chłopca odnalezionego przypadkiem na ulicach Rotterdamu, gdzie przymierał głodem oraz ryzykował śmierć z rąk urażonego psychopaty.

Jak często, Card opiera akcję na dziecięcym bohaterze. Tym razem ma to jakieś uzasadnienie — dzieciaki mają pewne przewagi nad dorosłymi; lepszy refleks, mniej wahań... Swoją drogą, ciekawe, ile przepisów trzeba złamać, żeby z sześciolatków zrobić żołnierzy. Pełną gębą — skoszarowanych, w mundurach, daleko od domu, z cenzorowaniem korespondencji, odpowiadających na rozkazy starszych chłopców: "Tak jest, sir!"...

Książka składa się z sześciu części, w każdej cztery rozdziały. Spodobał mi się zabieg zastosowany przez Autora — na początkach rozdziałów zamieszczono fragmenty dialogów dorosłych (gołych, nawet bez didaskaliów). I graficznie to nieźle wygląda, i pozwala na przemycenie do odbiorcy informacji, o których dzieci wiedzieć nie mogły.

Card emocjami operuje z wprawą. Czasami temu się poddaję, czasami odczuwam przesyt. No, w ilu książkach, w ilu różnych światach dorośli mogą zrzucać na dzieci rozwiązywanie swoich problemów? Ale stawka jest olbrzymia, więc czyta się szybko i przyjemnie.

Tym razem sprawa jest o tyle trudna, że do wojska dostają się dzieci naprawdę starannie odsiane. Sama śmietanka. A potem niektóre zachowują się idiotycznie. To mi momentami zgrzytało. Ale tak to bywa, kiedy opisuje się geniuszy. Zwłaszcza w dużym stężeniu.

Autor nie ustrzegł się kilku wpadek. Najpierw rozwodzi się nad tym, że Ender podzielił swoją armię na pięć plutonów, a nie na zwyczajowe cztery, a potem plutonowych i zastępców (razem z dodatkowym Groszkiem) jest tylko dziewięciu. Najpierw Groszek zostaje "zamrożony" w swojej pierwszej bitwie, a potem po ostatniej mówi, że podczas niej zdarzyło się to po raz pierwszy... Dziwne, że redakcja nie wyłapała takich kiksów.

Pod względem językowym przyzwoicie, chociaż bez fajerwerków — słownictwo raczej proste. Jedne "predylekcje" nie czynią żadnej pory roku. Mignęła mi gdzieś literówka, ale to wszystko.