Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2023

"Wypalić chrom" — zbiór opowiadańv

Tytuł:           Wypalić chrom  
Tytuł oryginału: Burning Chrome 
Autor:           William Gibson 
Tłumacz:         Piotr Cholewa  
Wydawnictwo:     Wydawnictwo MAG
Rok 1. wydania:  1986           

Zbiór dziesięciu cyberpunkowych opowiadań, który tytuł wziął od ostatniego tekstu, nie odróżniającego się niczym szczególnym od pozostałych. Zdaje się, że (przynajmniej niektóre) fabuły rozgrywają się w tym samym świecie — niektóre nazwy geograficzne się powtarzają. To świat cyberpunkowy, w końcu Autor jest jego twórcą.

Roi się od wynalazków, często gęsto służących zabijaniu. Do tego wszczepy, trochę cyborgizacji...

Książka nie przekonała mnie do siebie. Coś nie zadziałało i nie zrozumiałam wszystkiego. Nie wiem, czy powinnam już znać uniwersum z innych książek, czy też nie nawiązaliśmy nici porozumienia, bo taki styl mi nie odpowiada. Trochę się czułam, jakbym poznawała świat przy stroboskopowym świetle i musiała rekonstruować akcje na podstawie niemal klatek. W rezultacie ruchy są szarpane i kanciaste, a nie płynne i logiczne.

Trzecia możliwość to "męskość" tekstu. Bohaterami są mężczyźni, którzy rywalizują z innymi facetami. Walczą jako żołnierze albo chociaż grają. Czyli popisują się, zamiast zrobić coś konstruktywnego.

 Pod względem językowym nie jest źle — widziałam jakieś literówki, ale nie było ich wiele.

poniedziałek, 10 lipca 2023

"Trzy stygmany Palmera Eldritcha" — SF z narkotykami

Tytuł:           Trzy stygmaty Palmera Eldritcha      
Tytuł oryginału: The Three Stigmata of Palmer Eldritch
Autor:           Philip K. Dick                       
Tłumacz:         Zbigniew Królicki                    
Wydawnictwo:     REBIS                                
Rok 1. wydania:  1965                                 

Interesująca mieszanka — nawiązania religijne widać już po tytule, ale w środku jest ich o wiele więcej. Do tego mnóstwo narkotyków (cóż, na tym Autor się znał), jasnowidzenie i trochę futurystycznej SF. No i Palmer Eldritch, nie zapominajmy o tytułowym bohaterze. A trudno orzec, kim lub czym on jest.

Nie do końca przekonało mnie światotwórstwo. Bez zastrzeżeń wierzę w ocieplenie klimatyczne (upalny mamy lipiec, nieprawdaż?), ale nie kupuję wysyłania kolonistów na różne planety pod przymusem, na niemal pewną śmierć, a potem dostarczanie im głównie lalek i narkotyków. Transport kosmiczny zbyt wiele kosztuje, żeby bawić się w takie rzeczy.

Coś mi się również nie zgadza z jasnowidzami. Jeśli czerpią wiedzę z nagłówków przyszłych gazet, to dlaczego nie prowadzą dzienników, w których notowaliby to, co dla nich najważniejsze? Bo poleganie na mediach wydaje mi się ryzykowne. Weźmy chociażby paski w dwóch największych stacjach telewizyjnych — kto chciałby podejmować ważną decyzję w interesach, bazując na takich źródłach? A sobie chyba można zaufać.

Za to koncepcja, żeby narkotyczny trip zakotwiczać w lalkach (wzorowanych na barbie) przemawia do mojej wyobraźni. I każdy przemysł zacierałby łapki, gdyby udało mu się skłonić dorosłych ludzi do masowego kupowania lalkom mebelków, samochodzików, ubranek, sprzętu AGD... Wpływ na moralność też bardzo ciekawy. Ogólnie — ta książka może skłaniać do refleksji.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

czwartek, 16 lutego 2023

"Duch wielkiej ławicy" — nietrafione prognozy

Tytuł:           Duch wielkiej ławicy          
Tytuł oryginału: The Ghost from the Grand Banks
Autor:           Arthur Clarke                 
Tłumacz:         Radosław Kot                  
Wydawnictwo:     Etiuda                        
Rok 1. wydania:  1990                          

Pewne grupy doszły do wniosku, że w setną rocznicę zatonięcia podniosą z dna wrak Titanica. Czyli akcja rozgrywa się głównie w 2012 roku (chociaż plany zaczynają powstawać o wiele wcześniej), około pokolenia po publikacji. I to niefortunny okres, chociaż z datą zatonięcia nic się nie dało zrobić. Za łatwo sprawdzić, w których momentach pisarz poprawnie prognozował.

Autor próbował przedstawić jakąś wizję ówczesnej przyszłości, ale z niczym nie trafił. Pewne rzeczy przeszacował, innych mocno nie docenił. Rozbawiła mnie wizja, że obraz komputerowy ładuje się po linijce, bo trzeba dużo obliczeń (i nie mówimy tu o przedpotopowym sprzęcie używanym w miejscu pracy). Za to badania dna morskiego idą pełną parą, a hologramy trafiły pod strzechy.

Nie podobało mi się przyjmowane za pewnik założenie, że zmiany klimatyczne wynikają z naturalnych procesów, a nie z ludzkich szaleństw. Gdzieś tam pada stwierdzenie, że natura przygotowywała paliwa kopalne przez wiele lat, a człowiek spalił dopiero sto. Serio? Organizacje ekologiczne przedstawiane są jako bandy szaleńców.

Pewną rolę odgrywa zbiór Mandelbrota. Clarke niby próbuje wyjaśniać, co to takiego, ale zaskoczyło mnie, że można to zrobić bez użycia liczb zespolonych. No, takie traktowanie ekologii i matematyki sprawia wrażenie, że warstwa science w SF mocno kuleje.

Książka raczej krótka, ale bohaterów całe mnóstwo. Nie zdążyłam się z żadnym jakoś porządnie zżyć. To na pewno opis projektu (śmiałego, interesujące rozwiązania technologiczne), a nie człowieka.

Pod względem językowym powieść też mnie nie rzuciła na kolana. Trafiają się literówki.

sobota, 4 lutego 2023

"Kosogłos" — domknięcie wątków

Tytuł:           Kosogłos                                      
Tytuł oryginału: Mockingjay                                    
Tom:             3                                             
Autor:           Suzanne Collins                               
Tłumacz:         Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Wydawnictwo:     Media Rodzina                                 
Rok 1. wydania:  2010                                          

Trzeci tom serii, teoretycznie ostatni, ale podobno Autorka stosunkowo niedawno dopisała coś jeszcze. Niby wszystkie wątki zostały domknięte w trzecim tomie, ale zawsze można dopisać jakiś sequel. Albo o dzieciach, albo o kolejnej walce o wolność, kiedy okaże się, że tak naprawdę to niewiele się zmieniło.

Do fabuły nie mam większych zastrzeżeń, ale protagonistka raczej mnie denerwowała. Sama nie wiedziała czego chce i kogo kocha, a kogo nienawidzi. Miotała się bez sensu, a potem była strasznie zaskoczona, że nic rozsądnego z tego nie wyszło. Dużo rozczulała się nad sobą, cierpiała na ostry deficyt empatii.

W tej książce Katniss została symbolem rebelii, czyli tytułowym kosogłosem (to taki ptak, chyba wymyślony). Rola niełatwa, bo musiała przede wszystkim wyglądać pięknie (albo na strasznie poranioną, w zależności od tematyki kręconej agitki) i nie narażać się na bezpieczeństwo. Przy tym słabo jej wychodziło udawanie, sprawdzała się tylko w prawdziwej walce, a przeciwnik zachowywał się wrednie. Jak na głównego złola w young adults przystało... Przynajmniej w jakiejś części miotanie wynikało ze stawianych dziewczynie sprzecznych wymagań. Ale i tak wkurzało.

Podobało mi się za to, że prosty podział na dobrych i złych nieco się skomplikował. Ot, zaczęła się polityka, niełatwo określić, która strona mniej kłamie, dąży do władzy po mniejszej liczbie trupów, zapewni społeczeństwu lepsze warunki... Jak to w życiu.

Nadal czyta się szybko.

Z niedociągnięć językowych zauważyłam brzydkie powtórzenie — że jakieś potworki prawdopodobnie miały nieprawdopodobnie dobry węch.

wtorek, 10 stycznia 2023

"Człowiek z Wysokiego Zamku" — historia alternatywna

Tytuł:           Człowiek z Wysokiego Zamku
Tytuł oryginału: The Man in the High Castle
Autor:           Philip K. Dick            
Tłumacz:         Lech Jęczmyk              
Wydawnictwo:     REBIS                     
Rok 1. wydania:  1962                      

Chyba najbardziej znana i najbardziej nagradzana powieść Autora. Moim zdaniem słusznie, całkiem spójna jak na kogoś, kto nie gardził różnymi dziwacznymi substancjami. Tym razem stworzył wciągającą książkę, nie miałam poczucia, że też powinnam coś zażyć, żeby nadążyć.

To historia alternatywna rozgrywająca się w świecie, w którym druga wojna światowa zakończyła się całkiem inaczej, między innymi z powodu zamordowania Roosevelta. Akcja rozgrywa się w tej części globu, która u nas nazywa się Stanami Zjednoczonymi.

Dick stworzył nie jedną wersję historii, lecz dwie, bo fabuła kręci się dookoła bestsellera (w wielu krajach zakazanego), w którym dziele ludzkości potoczyły się jeszcze inaczej. Bohaterowie czytają tę książkę, zachwycają się nią, chyba każdy o niej co najmniej słyszał. W pewnym sensie z bestsellerem konkuruje starożytna księga I-Cing — wiele postaci radzi się jej przy każdej ważniejszej decyzji. Jako i podobno czynił Autor podczas pisania. Mam wrażenie, że w rezultacie odrobinę tę starożytną wyrocznię fetyszyzuje.

Fabuła zasadniczo mi się podobała, chociaż brakło jej jednej konkretnej osi. To raczej losy kilkorga postaci w określonym czasie. Bohaterowie znają się, ale nie wszyscy razem, tylko łańcuszkiem — A jest klientem B, C odwiedza sklepik B, żeby coś tam uzyskać, D jest żoną C, która go wcześniej rzuciła... A i D już w ogóle się nie znają, nie wpływają na siebie, żyją w różnych wątkach, każde odgrywa istotną rolę we własnym, ale nie pojawia się w tym drugim. 

Bohaterowie dobrze zbudowani, pełni szczegółów, manieryzmów, przemyśleń... Każdy jest samodzielnym bytem.

Zirytowała mnie przedmowa, w której Parowski twierdzi, że każdy już wie, o czym jest książka, więc sporo detali zdradza. OK, część faktycznie wiedziałam, ale mimo wszystko uważam, że pewne rzeczy Autor pokaże lepiej, bo ma na to całą książkę. Coś takiego lepiej sprawdziłoby się w posłowiu.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

niedziela, 4 grudnia 2022

"Dom Skorpiona" — młodzieżówka

Tytuł:           Dom Skorpiona            
Tytuł oryginału: The House of the Scorpion
Autor:           Nancy Farmer             
Tłumacz:         Maciej Nowak-Kreyer      
Wydawnictwo:     Amber                    
Rok 1. wydania:  2002                     

Książka dla młodego czytelnika, może nawet dla dzieci. Na swój sposób przypomina mi powieści Carda — bohaterem jest chłopiec. Odmienny od pozostałych rówieśników, prześladowany z tego powodu, mimo ciężkiego dzieciństwa bardzo szlachetny. Potrafi nawiązywać przyjaźnie i jest lojalny wobec najbliższych.

Akcja toczy się w przyszłości, mniej więcej za sto lat, pomiędzy Meksykiem a Stanami Zjednoczonymi, na terenie zwanym Opium. Czyli wiadomo, co się tam uprawia i kto rządzi. Bohater jest klonem jednego z najgorszych narkobaronów i bardzo długo nie zdaje sobie sprawy, w jakim celu został wyhodowany. Nie z własnej winy ma coraz poważniejsze problemy.

Jak to w książce dla dzieci — wszystko jest jasne i proste. Postacie czarno-białe; ci dobrzy pomagają protagoniście, ci źli się nad nim znęcają albo wręcz próbują zabić. I oczywiście, w jakiś tam sposób korzystają z produkowania narkotyków. Ci dobrzy niby też, ale przynajmniej nie popierają procederu i nie mają nic do gadania.

 Czyta się lekko, łatwo, szybko i przyjemnie.

 Pod względem językowym całkiem przyzwoicie, chociaż jakieś literówki się trafiają.

wtorek, 25 października 2022

"Hel3" — z Księżycem

Tytuł:          Hel3               
Autor:          Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo:    Fabryka Słów       
Rok 1. wydania: 2017               

SF, świat w przyszłości, powstały z ekstrapolacji niektórych trendów. Europa zachodnia żyje biednie. Nie żeby ich nie było stać, ale sami się ograniczają — bo ekologia, bo nie wypada, bo to niewygodne i niemodne... Polscy politycy dostają rozkazy od innych rządów (to zdaje się już mamy), a kiedy myślą, że nikt niepowołany ich nie widzi, popuszczają sobie cugli. Ten świat został bystrze skonstruowany, ale mam nadzieję, że do czegoś takiego nie dojdzie.

Akcja rozwija się bardzo wolno. Mija ponad pół książki czegoś w rodzaju wprowadzenia, zanim pojawia się nawiązanie do tytułowego izotopu helu. Od tego momentu czyta się o wiele ciekawiej.

Wcześniej nie potrafiłam zapałać sympatią do protagonisty — iwenciarza, czyli kogoś w rodzaju paparazzi, kto wyczekuje, aż zdarzy się coś godnego tabloidów, aby nagrać filmik i puścić go w sieci. I już lecą kliknięcia i dochody z reklam. Taka hiena dziennikarska, która nawet nie rozpacza zbytnio, kiedy po emisji pewnego nagrania znika kilku znajomych. Mogłam facetowi kibicować dopiero wtedy, kiedy zaczęto na niego aktywnie polować. Wcześniej miał więcej szczęścia niż rozumu i szlachetności razem.

Z merytorycznych byków — zaskoczył mnie wschód Ziemi oglądany z Księżyca. No, teoretycznie to możliwe, ale przecież nie z okolic Morza Jasności, nie dosyć, że po widocznej stronie naszego satelity, to jeszcze prawie na środku. Tam Ziemia cały czas tkwi niemal w zenicie, tylko się obraca i terminator po niej krąży.

Jeśli chodzi o poziom językowy — jest o wiele lepiej. Acz jakieś tam zagubione podmioty zauważyłam.

wtorek, 22 marca 2022

"Gnoza" — chyba SF

Tytuł:          Gnoza             
Autor:          Michał Cetnarowski
Wydawnictwo:    Powergraph        
Rok 1. wydania: 2021              

Akcja rozgrywa się w mniej więcej w sześćdziesiątych latach XXI wieku. Tak wnioskuję z nawiązań do pandemii. Technika poszła do przodu zaskakująco daleko — jest już jakaś namiastka przeniesienia osobowości do sieci, asystenci i adwokaci bazujący na sztucznej inteligencji, wszczepki, wielu ludzi (jeśli nie większość) nie rozstaje się z siecią nawet na moment... Inwigilacja posunięta tak daleko, że państwo bardzo wiele potrafi wyczytać z wyrazu twarzy, a przed kamerami trudno uciec. Edukacja chyba przestała być niezbędna w życiu, bo wiele zawodów można wykonywać niejako na autopilocie.

Ogółem — wydaje mi się, że odstęp czasowy jest za mały na takie znaczące zmiany społeczne. A tu jeszcze ludzie żyją na Księżycu, na Marsie, wydobywają surowce z asteroidów. Medycyna też wykonała niezły skok. Nawet z koniecznością szczepień nikt nie dyskutuje. Ale niewykluczone, że jeszcze miesiąc temu myślałabym inaczej.

Niby całość utrzymana w nurcie SF, ale trafiają się wątki, które z nauką mają niewiele wspólnego. Magią rodem z fantasy też jednak chyba nie są. Takie lekkie niedopasowanie do szufladki z etykietką SF. Nadające oryginalnego posmaku, zresztą.

Główna bohaterka to młoda anarchistka. Nienawidzi dobrze sytuowanych ludzi grzecznie postępujących zgodnie z wytycznymi. Wyznaje kult Gai z lekką domieszką buddyzmu, bierze udział w rozmaitych proekologicznych "hecach", obsesyjnie wylicza swój ślad węglowy. A tu nagle coś idzie niezgodnie z planem.

Styl nasycony neologizmami. Są ciekawe, zaczerpnięte z różnych języków, czasem ciekawie spolszczone. Niektórych do końca książki nie zdołałam rozszyfrować. Na przykład "asap" kojarzy mi się ze skrótem od "as soon as possible", z kontekstu wnioskuję, że chodzi o coś całkiem innego, ale szczegóły i etymologia mi umykają.

Być może było tu jakieś głębsze przesłanie, ale raczej je przegapiłam. Bo nie chodzi o ekologię. A z wali ducha i materii można wyciągać rozmaite wnioski.

Jeśli chodzi o usterki, to strasznie zabolały mnie oczy od "rzuć" zamiast "żuć". Wstyd. "Glizda" też nie była przyjemna, ale już dało się ją przeżyć.

wtorek, 7 września 2021

"Cała prawda o planecie Ksi" — socjo SF

Tytuł:          Cała prawda o planecie Ksi      
                Drugie spojrzenie na planetę Ksi
Autor:          Janusz A. Zajdel                
Wydawnictwo:    SuperNOWA                       
Rok 1. wydania: 1983, 2014                      

Dwupak, a właściwie jedna powieść z kawałkiem. "Cała prawda o planecie Ksi" to kolejna w dorobku Autora powieść, w której ktoś siłą i podstępem zaprowadza chory ustrój, a potem zmusza ludzi do życia w nim. Tym razem mała grupka terrorystów przejmuje władzę nad statkami pełnymi kolonistów. Mają założyć pierwszą osadę na planecie innej niż Ziemia. Niby zakładają, ale całkiem nie taką, jak planowano. Jak trwale można budować na oszustwie?

"Drugie spojrzenie na planetę Ksi" to kontynuacja tematu. W pierwszej części nastąpiło raptem rozpoznanie problemu — Ziemianie dowiedzieli się, dlaczego z planety Ksi nie dochodzą żadne meldunki. Ale nie zdołali nic z tym zrobić. Zapewne mieli coś wymyślić w drugiej części, jednak Zajdel nie zdążył dokończyć tej książki (wydano ją dopiero pośmiertnie), raptem kilka pierwszych rozdziałów stworzył. Ech, nie mogę przeboleć, że ten człowiek zmarł tak młodo...

Dwie rzeczy zaskoczyły mnie w tych powieściach. Pierwsza to stosunek do kobiet. Czy to na Ziemi, czy w Kosmosie, niewiasty pięknie wyglądają i uprzyjemniają życie mężczyznom. Nie pilotują, nie są astronautkami, nie widać ich w żadnych służbach. Ziemscy "agenci" na Ksi nie rozmawiają z kobietami. Baby mogą być recepcjonistkami. Gdzieś tam w tle przewijają się sugestie, że gotują i rodzą dzieci. Aha, jeszcze świetnie nadają się do szantażowania przypisanego do nich mężczyzny. No, trochę nieładnie jak na kogoś, kto w momencie zakończenia pierwszej wojny światowej był dzieckiem.

Druga dziwna kwestia to brak postępu technologicznego w niektórych dziedzinach. Napęd fotonowy, loty w Kosmos trwają już od ponad stu lat, ale raporty pisze się na maszynie, a dziennikarze posługują się magnetofonami. No, ale Zajdel nie był od pisania o gadżetach.

Książkę kończy posłowie Macieja Parowskiego nakreślające powody jej napisania. Tak osobiste, jak i geopolityczne.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

czwartek, 29 lipca 2021

"Epoka diamentu" — cyberpunk

Tytuł:           Epoka diamentu 
Tytuł oryginału: Diamond Age    
Autor:           Neal Stephenson
Wydawnictwo:     Wydawnictwo MAG
Rok 1. wydania:  1995           

Zakwalifikowałabym książkę do cyberpunku, chociaż z pewnym wahaniem. Owszem, akcja rozgrywa się w przyszłości, technika zaskakująco poszła do przodu, ogromne nierówności dochodowe doprowadziły do powstania swego rodzaju slumsów i kwitnącej w nich przestępczości. Czasami jest ona wyjątkowo dokładnie zorganizowana i oczywiście wykorzystuje zdobycze techniki.

Ale z drugiej strony... Szalenie ważna jest przynależność do grupy, wilków samotników właściwie nie ma. Jedna z wpływowych grup obrała sobie za wzór epokę wiktoriańską (a to już bardziej kojarzy się ze steampunkiem). Niektóre postacie należą do arystokracji różnorodnie pojmowanej — czy to po europejsku błękitna krew, czy to powalająca umiejętność kaligrafowania (w wersji dalekowschodniej). Nawet najbiedniejszy może jakoś przeżyć dzięki ogólnie dostępnym kompilatorom materii (niektóre produkty są darmowe). No i bardzo dużo tu o dzieciach. Jak na rasowy cyberpunk — za mało brudu i smrodu.

Bardzo bogaty świat. Na przykład pojawił się nowy gatunek sztuki — interakty. A to opis zminiaturyzowanej technologii (spodobały mi się sztuczne roztocza realizujące cele twórców i zwalczające je niejako układy immunologiczne budynków i terytoriów), a to gigantycznych reklam, a to sławnych na cały świat projektów.

Złożona fabuła, fraktalnie obrośnięta wprowadzeniami, bocznymi wątkami, bajkami dla dzieci i innymi szczególikami. Bohaterowie również dobrze zbudowani.

Ciekawa, nieco wymagająca, lecz przyjemna lektura. Za gęsta, żeby szła szybko.

Czasami zgrzytało mi zawieszenie niewiary. No, nawet dla księżniczki nikt nie będzie produkował jednorazowej wspaniałej wyspy na przyjęcie urodzinowe, do zniszczenia po jego zakończeniu. Podatnicy rodziców nie byliby zachwyceni. Niekiedy zgrzytała mi chronologia — dzieci uczestniczą w tym przyjęciu, mijają dwa lata pracy nad projektem, a potem okazuje się, że jedna z dziewczynek jeszcze nie skończyła czterech lat. Kto zabiera dwulatka na księżniczkowe przyjęcie? Maluch nic nie zrozumie, nic nie zapamięta, a tylko może coś spsocić.

Przeszkadzały mi również "wielorybie truchła" w baśniowej opowieści o wyginięciu dinozaurów. No, toż w tej historyjce wcześniej była mowa, że ssaki są ryjówkami. A bajeczka przecież miała być edukacyjna.

Mały plusik za to, że jeden z arystokratów nazywa się Finkle (to tylko fragment nazwiska). ;-)

Nie zauważyłam wpadek językowych.

środa, 9 czerwca 2021

"Nowoświaty" — w hołdzie Lemowi

Tytuł:           Nowoświaty                
Redaktor:        Magdalena Świerczek-Gryboś
Wydawnictwo:     SQN                       
Rok 1. wydania:  2021                      

Zbiór ośmiu opowiadań różnych twórców wyłonionych w konkursie na tekst nawiązujący do twórczości Stanisława Lema. Konkurs zorganizowano w ramach obchodów Roku Lema (setna rocznica przyjścia na świat). Niektórych z Autorów znałam już wcześniej, nie tylko z twórczości, ale również z wymiany komentarzy w Internecie. Nawiązania do Mistrza są różne — w nazwach sprzętów, postaciach, imionach, cytatach... Oczywiście w tematyce; futurystycznej, kosmicznej, nie zawsze różowej. Chyba najtrudniej nawiązać erudycją, stylem, zabawą językiem... Czasami do konkretnego utworu, niekiedy do twórczości ogółem. Na pewno to nie to samo. Ale mimo to może być ciekawie.

Widać, że teksty powstawały w "ciekawych czasach", w których przyszło nam żyć. Zaskakująco często Autorzy wspominają o poważnych problemach, szczególnie związanych z ekologią i chorobami. Cóż, Lem też nie zawsze był optymistą, acz fajnie byłoby poczytać lżejsze, mniej katastroficzne opowiadania z większą dawką humoru. Wydaje mi się, że w opowiadaniach pojawia się więcej kobiet niż u Mistrza.

Dzieci Marii Marka Kolendy

Podróż kosmiczna, nowe planety. Jak na mój gust (i chyba Lema również) — za dużo tu romantycznej miłości. Ale poza tym historia z ciekawym pomysłem u podstaw.

Adaptacja Moniki Fenc

Postapo z przesłaniem ekologicznym. Trochę mało fabuły, właściwie to sama ekspozycja zakończona puentą.

Mgły nad Atlantis Sylwestra Gdeli

Opowiadanie bardzo w stylu Autora, z rozbuchanym światotwórstwem. W rezultacie trudno się zorientować w tym świecie. Przydałoby się więcej wyjaśnień, ale można spotkać ciekawych ludzi.

Flaworyści Michała Antosiewicza

Opowiadanie chyba najbardziej przypominające Lemowskie (i to w moim ulubionym, wesołym wydaniu). Bohater wraca na Ziemię po długiej podróży, a tu sporo się pozmieniało i same problemy. To dziełko podobało mi się najbardziej z całej antologii.

DYaB Aleksandry Stanisz

Ten tekst bardziej nawiązuje do Bułhakowa niż do Lema. A przynajmniej Michaiła Afanasjewicza  czuć wyraźniej. Akcja rozgrywa się na pograniczu literatury i wirtualnej rzeczywistości.

Ostatni mówi "nie" Pauliny Rezanowicz

Kolejny tekst z przesłaniem ekologicznym. Ludzkość porzuca Ziemię i bardzo mocno to przeżywa. Ciekawa zabawa z formą.

Decyzja Lecha Baczyńskiego

Postapo. Dla mnie to historia o głupocie i niefrasobliwości ludzkiej. Na różnych poziomach. Trudno więc oczekiwać, że wyjdzie optymistycznie.

A u Lema... Marcina Bartosza Łukasiewicza

Ludzkość u progu zagłady. Właściwie to scenka. Nie ma fabuły, nic się nie zmienia, tylko bohaterowie wymieniają się poglądami, przy okazji opisując sytuację.


Dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie pliku.

piątek, 21 maja 2021

"Do gwiazd" — młodzieżówka

Tytuł:           Do gwiazd        
Tytuł oryginału: Skyward          
Autor:           Brandon Sanderson
Wydawnictwo:     Zysk i S-ka      
Rok 1. wydania:  2018             

Tytuł można interpretować na różne sposoby; "Do gwiazd" to marzenie głównej bohaterki, zaproponowana przez nią nazwa formacji militarnej, dążenie grupki ludzi uwięzionych na niezbyt gościnnej planecie, jedyny logiczny kierunek ekspansji... I każda z tych interpretacji wydaje się uprawniona, co zaliczam Autorowi na plus.

Jak wynika z powyższego, książka należy do kategorii SF inna planeta, loty w kosmos, technologie je umożliwiające. Powieść można również zaliczyć do YA — protagonistka jest młoda (ledwo co skończyła szkołę), wszechstronnie utalentowana, pozostali bohaterowie są raczej wyraźnie zdefiniowani; jedni źli, inni dobrzy. No, może w dwóch przypadkach coś tam się zmienia i postacie niepostrzeżenie wędrują w stronę drugiego obozu.

Nieco drażniła mnie przewidywalność wielu elementów. Nie tylko tak oczywistych, jak to, że książka nie będzie opowiadać o dziewczynie hodującej glony ani pracującej w oczyszczalni ścieków, albo że bohaterka nie umrze po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Przewidziałam także niektóre z bardziej subtelnych rozwiązań i to odebrało część przyjemności z lektury.

Za to podobała mi się SI, tak uroczo nieporadna w próbach naśladowania czy chociażby definiowania ludzkich emocji. A komplementy przez nią prawione uważam za piękne w swojej śmieszności.

Ogólnie — sympatyczne czytadło. Lektura idzie szybko mimo pokaźnej objętości. Czyta się przyjemnie, ale w głowie nie zostają jakieś głębsze refleksje.

Pod względem językowym nie jest źle — wpadła mi w oczy jakaś zabłąkana literówka. Gorzej, że w jednym miejscu "mniejsze" zmieniło się w "większe", co pozbawiło zdanie sensu.

niedziela, 28 marca 2021

"Kocia kołyska" — absurdalnie

Tytuł:           Kocia kołyska
Tytuł oryginału: Cat's Cradle 
Autor:           Kurt Vonnegut
Wydawnictwo:     Zysk i S-ka  
Rok 1. wydania:  1963         

Powieść raczej typowa dla Autora. Odklejona od rzeczywistości, ale w pozytywny sposób. Bohaterowie mają dziwne plany i jeszcze dziwniejsze problemy. Wydarzają się absurdalne rzeczy, motyw kociej kołyski też się często pojawia, w tle przewijają się nawiązania do drugiej wojny światowej... Tradycyjnie, Vonnegut przedstawia ją jako szalone przedsięwzięcie. Spodobała mi się propozycja obchodzenia różnych wojennych rocznic.

Do ciekawostek należy system religijny — bokononizm. Fikcyjna religia z mnóstwem dziwacznych terminów (calypso, karass, duprass i wiele innych) i ciekawym dogmatem — wszystko jest bzdurą. Mimo dziwaczności jest zaskakująco rozsądna i sympatyczna.

Bohaterowie interesujący. Co jeden, to oryginał. Ambasadorowa zajmująca się tworzeniem skorowidzów, trójka dzieci genialnego noblisty (karzeł, ogromna dziewczyna grająca na klarnecie i milczący chłopak uwielbiający modele), twórca bokononizmu... U Vonneguta rzadko pojawiają się zwyczajni ludzie. Albo święty, albo łajdak. I obie skrajności pokazane są jako niezdrowe.

Powieść można rozpatrywać jako satyrę polityczną. Mamy próbę stworzenia utopii na wysepce karaibskiej, mamy liczne aluzje do makkartyzmu. Mamy wreszcie zagrożenie dla życia na Ziemi, co moim zdaniem odnosi się do zimnej wojny i arsenałów jądrowych.

Zgrzytnęło mi użycie frazy o struganiu lepszego człowieka z banana, która powtarzała się w "Rzeźni numer pięć". No, ale przyjmijmy, że Autor w "Kołysce" wymyślił, zobaczył, że jest dobra, i wykorzystał w "Rzeźni".

Na plus humor. Czarny, groteskowy, ale jednak humor.

Czyta się szybko, tym bardziej że książka podzielona jest na ponad setkę krótkich rozdziałów (rzadko dłuższych niż trzy strony), a każdy zaczyna się od nowej strony, a w ten sposób dostajemy mnóstwo białych plam. Szkoda drzew.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

czwartek, 4 marca 2021

"Era supernowej" — o dzieciach

Tytuł:           Era supernowej
Tytuł oryginału:
元          
Autor:           Cixin Liu     
Wydawnictwo:     Rebis         
Rok 1. wydania:  2003          

Jedna z pierwszych powieści Autora. Podobnie jak w chyba najbardziej znanym cyklu "Wspomnienie o przeszłości Ziemi", nasza planeta staje przed ogromnym problemem i wielkim zagrożeniem. Tym razem umierają wszyscy dorośli, a dzieci jakoś muszą sobie radzić z tym, co zostało, z wychowaniem jeszcze młodszych maluchów i zdobywaniem żywności włącznie.

O ile Cixin potrafi imponować znajomością astrofizyki i paru innych nauk przyrodniczych i ścisłych, to jego koncepcje medyczne mnie nie przekonały. Nie wierzę, że wszyscy dorośli zmarli w terminie oszacowanym pierwotnie przez lekarzy z dokładnością do kilku dób (olbrzymia większość w wyznaczonym dniu), że przeżyły wszystkie trzynastolatki, ale żaden czternastolatek. Po prostu nie. Choroby nie potrafią czytać ani liczyć, nie przejmują się PESEL-em, tylko stanem organizmu. Na pewno musiał się trafić jakiś czternastolatek urodzony jako wcześniak, chorowity, rozwijający się wolniej od rówieśników, jakiś wyjątkowo wyrośnięty trzynastolatek... Co z takimi przypadkami?

Trudno mi było również przełknąć głupotę wielu dzieci. OK, mogę uwierzyć, że chłopcy wymyśliliby coś równie durnego. Ale gdzie w tym czasie były dziewczynki? Czyżby odchodzący dorośli niemal co do jednego byli mizoginami i nie zostawili kobietkom absolutnie żadnej władzy? Wszystkie pozamykali w żłobkach? Aż nieprzyjemnie się czytało o "wyczynach" młodych palantów. Nie twierdzę, że dzieci nie potrafią być okrutne, tylko że rzadko bywają aż tak głupie i niefrasobliwe, raczej rozumieją zależności przyczynowo-skutkowe.

Zdziwiło mnie jeszcze, że pożary i inne katastrofy spokojnie poczekały z wybuchem, aż umrze ostatni dorosły, a dopiero potem ruszyły lawiną. I że pięciolatka nie potrafiła znaleźć jedzenia w domu, ale umiała dodzwonić się do władz w Pekinie i poprosić o pomoc.

Autor chyba trochę niesprawiedliwie potraktował dzieci amerykańskie. Owszem, sama nie przeceniałabym intelektu dzieciaków wychowywanych na sieczce z Hollywood, w murzyńskich gettach, gangach i innych słabo sprzyjających rozwojowi osobowości subkulturach. Ale to niemożliwe, żeby wszyscy byli durniami. Za to chińskie dzieci stanowiące władze są pokazywane jako rozsądne, przewidujące i ogólnie "te dobre". Podział czarno-biały jak w bajkach.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

niedziela, 7 lutego 2021

"Pamiętnik znaleziony w wannie" — zmagania z systemem

Tytuł:       Pamiętnik znaleziony w wannie
Autor:       Stanisław Lem                
Wydawnictwo: Interart                     
Rok wydania: 1961                         

Relacja agenta wypełniającego Misję w ogromnym Gmachu. A właściwie nie tyle wypełniającego, co desperacko próbującego ustalić, na czym ta misja polega. Niby proste, ale nie w Gmachu, gdzie wszystko jest zaszyfrowane, ukartowane, ma kilka warstw znaczeń i mocno zalatuje Kafką...

No właśnie — znaczenia. Podejrzewam, że powieść to krytyka. Ale czego? Struktur wojskowych (Gmach to wszak jeden z budynków Pentagonu), w których rozkazy płyną w jednym kierunku i nie mogą być kwestionowane? A może wywiadu z jego sekretami (Misja bohatera jest tak tajna, że nikt nie może jej znać)? Albo zimnej wojny? Albo pozornie przeniesionych za ocean bezsensów socjalizmu? Możliwości wiele... Niewykluczone, że i picie herbaty oberwało.

Nie jestem pewna, czy można tu mówić o fabule — protagonista tylko się miota. Próbuje różnych taktyk; postępowania zgodnie z instrukcjami i wbrew nim, zmuszania sekretarek do odpowiedzi (nie miał szans), zaufania i podejrzliwości... I tak bez końca. Jak wspomniałam — skojarzenia z twórczością Kafki same się nasuwają.

Bohater jest tym wszystkim coraz bardziej zmęczony, zniechęcony, osaczony... Podobnych odczuć doznaje czytelnik. Nie jest to więc książka, którą czyta się szybko. Kartki przewracają się z oporem, w końcu wiadomo, że na następnej stronie nie czeka nic przyjemnego.

Ale powieść napisana dobrze, wiele zagrań Autora podziwiałam. Na przykład takie pomysły na muzea (oraz eksponaty), które mogą się mieścić w wojskowym budynku.

Nie zauważyłam żadnych usterek językowych.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

"Mrok nad Tokyoramą" — męski cyberpunk

Tytuł:          Mrok nad Tokyoramą
Autor:          Robert Szmidt     
Wydawnictwo:    Znak              
Rok 1. wydania: 2020              

Cyberpunk rozgrywający się w czasach nie tak znowu odległych od teraźniejszości. Ale sporo się pozmieniało — rządzi pieniądz i korporacje, które mają go najwięcej. Dominują japońskie, stąd tytuł i wiele dalekowschodnich akcentów. Miasta popuchły tak, że w końcu się spotkały i mogą już rosnąć tylko wertykalnie. Poszło tym łatwiej, że z powodu zmian klimatycznych większość lądów na Ziemi nie nadaje się do zamieszkania.

Standardowo — najbogatsi żyją na górze i czasami (rzadko, bo zasyfienie atmosfery paskudne) mogą oglądać słońce. A większość populacji wegetuje gdzieś pod spodem, gdzie życie jest krótkie, brutalne i pełne brudu. Cechę charakterystyczną stworzonego świata stanowi gra — mieszanka szachów i sportów walki. Najważniejszy sport i właściwie religia dla wielu ludzi.

Fabuła oparta na mocno wyeksploatowanym schemacie — protagonista chce pomścić żonę. Ale sama droga do tego celu interesująca, obfitująca w szczegóły i zakręty. To sprawia, że bohaterowi dość łatwo kibicować i powieść wciąga.

Aczkolwiek za łatwo mu idzie. Nie dosyć, że ciągle spotyka odpowiednich ludzi do zrealizowania swojego planu, to jeszcze sprzyja mu szczęście. No i walczy jak natchniony. Aż chce się zadać pytanie, które często stawiają mu kolejni pracodawcy: dlaczego taki talent nie wypłynął wcześniej? Bo, skoro miał prawie wszystkie umiejętności, które w książce pozwalają mu rozwalać przeciwników niezależnie od ich przewagi w uzbrojeniu, to czemu nie zarabiał w ten sposób wcześniej?

OK, być może przepisy nie pozwalają na to byłemu żołnierzowi. Ale nie wierzę, że zdeterminowani właściciele klubów nie potrafiliby tych reguł ominąć. A w ostateczności — protagonista mógłby pracować jako trener i żyć spokojnie wraz z żoną na o wiele wyższej stopie (i poziomie w metropolii).

Epilog wyjaśnia wiele cudownych zbiegów okoliczności, ale nie przypadł mi do gustu. Zapewne właśnie dlatego. Niejako podważa całą książkę. A do tego nie widzę logiki w zachowaniu postaci. Po co im to?

Powieść bardzo męska. Nie tylko ze względu na liczne sceny walki. To w dodatku męski świat, oglądany oczyma mężczyzny, który próbuje pomścić żonę. I gra, która znajduje się w centrum fabuły, również jest męska. Coś w tym jest, mistrzami szachowymi zawsze zostają panowie. Właściwie, to też forma walki.

Pod względem językowym całkiem dobrze. Gdzieś tam mignęła mi literówka.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

"Cień Hegemona" — wojny na Ziemi

Tytuł:           Cień Hegemona        
Tytuł oryginału: Shadow of the Hegemon
Autor:           Orson Scott Card     
Wydawnictwo:     Prószyński i S-ka    
Rok 1. wydania:  2001                 

Wojna z Robalami się skończyła, zaczęła się polityka czyli wojna na Ziemi. Na początek Achilles (któremu ktoś pomógł wydostać się ze szpitala psychiatrycznego) porywa grupę Endera. Prawie całą, za wyjątkiem wysłanego w Kosmos przywódcy oraz Groszka, na którego ciągle poluje. A genialny Groszek próbuje odbić dzieciaki. Przy okazji poznaje cenę swojej superinteligencji.

Wydaje mi się, że bardzo trudno stworzyć wiarygodnego geniusza. Groszek jest niby taki cudowny, ale popełnia oczywiste błędy. Na przykład bardzo dużo czasu potrzebuje, żeby zrozumieć, że jego twarz jest rozpoznawalna. I to miesiące po tym, jak matka Endera powiedziała mu to wprost.

Widzę również inne niedociągnięcia — Groszek i Peter Wiggin spotykają się, a potem zaczynają nieufnie obwąchiwać. Jakby Groszek (z jego absolutną pamięcią) zapomniał, że w poprzednim tomie to on podrzucił Demostenesowi i Locke'owi pomysł zadbania o absolwentów Szkoły Bojowej. A teraz chłopcy udają, że się w ogóle nie znają, jakby Autorowi umknęły szczegóły pierwszej części.

Niemniej jednak książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Zapewne dlatego, że adresowana jest raczej do młodzieży — postacie czarne albo białe (no, jeden Peter Wiggin może budzić wątpliwości), ci dobrzy prawie nie umierają... I, oczywiście, wielu z bohaterów to nastolatki.

Fabuła chyba potrafi trzymać w napięciu. Nie mam pewności, bo czytałam książkę już wcześniej i wiedziałam, kto zostanie uratowany, a kto nie.

Wpadła mi w oko jedna literówka. Pojawia się stosunkowo dużo wtrąceń (zapewne z portugalskiego). Podobno są to wyrazy ze slangu używanego w Szkole Bojowej, ale wcześniej jakoś ich natężenie nie zwróciło mojej uwagi.

wtorek, 6 października 2020

"Rój" — o nanotechnologii

Tytuł:           Rój             
Tytuł oryginału: Prey            
Autor:           Michael Crichton
Wydawnictwo:     Amber           
Rok 1. wydania:  2002            

Książka opowiada o nanotechnologii, ale tak naprawdę mówi o wypuszczaniu z butelki dżina, jeżeli nie mamy na niego takiego haka, który mógłby skłonić stwora, żeby wrócił do więzienia. Poniekąd o podobnym temacie traktuje słynny "Park jurajski" — jak to wstrętne, krótkowzroczne korporacje dla kasy robią coś niesamowicie groźnego. Tym razem na wolność wydostaje się rój maleńkich robocików, którym ktoś pozmieniał oprogramowanie tak, aby mogły uczyć się, rozwiązywać problemy... W dodatku ich kod informatyczny bazuje na zachowaniach drapieżnika...

Lubię Crichtona za umiejętność uczenia przy jednoczesnym sprawianiu przyjemności. W tej książce nie zawodzi — mamy tu kilka wykładzików z pogranicza biologii i informatyki. Można dowiedzieć się czegoś o ewolucji, o owadach społecznych... Niby nic odkrywczego, ale tekst pozwala uświadomić sobie, że niektóre budowle termitów czy mrówek to wielopokoleniowe projekty. Do tego tworzone bez architekta, bez nadzoru budowlanego, bez wcześniejszego planu... Oparte na zasadach dostatecznie prostych, by maleńkie mózgi mogły je opanować. A stoją i działają!

Fabuła mi się podobała — jest ryzyko, jest napięcie (i to dla sporej grupy niewinnych), więc lektura wciąga. Protagonista ma bez przerwy pod górkę, ale ładnie kombinuje w stresie. Lubię takich bystrych bohaterów. Zazgrzytało mi tylko to, że do trójki dzieci (od dziewięciu miesięcy do około dziesięciu lat) przyjeżdża ciocia. Z innego miasta, więc nie mogą się świetnie znać. Ale bez żadnego problemu pod nieobecność rodziców przejmuje opiekę nad maluchami i nawet nie dzwoni co chwilę, żeby spytać, gdzie leżą piżamki, jakie kaszki najchętniej jada niemowlę, o której kłaść dzieciaki spać itp. No, nie wierzę w to. Tym bardziej, że zapracowana matka wcześniej słabo radziła sobie z przewinięciem.

Do bohaterów nie mam większych zarzutów. Głównemu kibicowałam. Jego żona czasami zachowywała się jak wredna suka, ale miało to jakieś wyjaśnienie. A te szychy z korporacji to wiadomo — nie warto oczekiwać po nich czegokolwiek dobrego.

Ogólnie lektura lekka, szybka i przyjemna, z elementami edukacyjnymi. Napisana prawie dwadzieścia lat temu, ale nie widać, żeby się jakoś istotnie zestarzała.

Nie zauważyłam wpadek językowych.