środa, 13 czerwca 2018

Finkla redaguje — dziewiąty numer "Silmarisa"

Dzisiaj pojawił się dziewiąty numer. Zaczęliśmy wydawać nasz kwartalnik już ponad dwa lata temu.

Okładka letnia, acz niekoniecznie bardzo wesoła:



Jak zwykle, około dwustu stron opowiadań, artykułów i recenzji. Zapraszam do lektury.

Plik z zawartością magazynu (w formacie pdf) pobrać można na naszej stronie.
Za kilka dni pojawią się wersje magazynu w formatach do czytników elektronicznych.

niedziela, 10 czerwca 2018

"Krótka historia wszystkiego" — bajki

Tytuł:           Krótka historia wszystkiego  
Tytuł oryginału: A Brief History of Everything
Autor:           Ken Wilber                   
Wydawnictwo:     Jacek Santorski & Co         
Rok 1. wydania:  1996                         

Tytuł tyleż marketingowy, co kłamliwy. Nie dosyć, że Autor próbuje podpiąć się pod Hawkinga, to jeszcze nijak nie wywiązuje się z obietnic. W książce można znaleźć historię nurtów filozoficznych a i to pobieżną. Więcej jest głoszenia tezy, że Kosmos dąży do rozwoju w określonym kierunku — atomy chcą łączyć się w cząsteczki, te w komórki, komórki w większe organizmy, które tęsknią do rozumu, a wszystko przesycone jest duchowością... Cóż, gdyby to była prawda, bakterie już dawno połączyłyby się w superinteligencję, a gazy szlachetne by nie istniały.

Oprócz tego Wilber lansuje podział wszystkich rzeczy (no, przynajmniej zjawisk socjologicznych) na indywidualne i zbiorowe oraz poznawane empirycznie i poprzez interpretację — analizę z wewnątrz. No, można tak podzielić, ale nie wydaje mi się, że z istnienia "Czterech Ćwiartek" wynika aż tyle, ile sądzi Autor.

Książka ma formę wywiadu, która mnie trochę bawiła, a trochę irytowała. Rozumiem, że dialog może sprzyjać wyjaśnianiu różnych pojęć i ma długą historię w tekstach filozoficznych. Ale zazwyczaj mniej lub bardziej fikcyjnym rozmówcom nadaje się jakieś imiona. Tutaj Wilber rozmawia z Wilberem. Sam sobie zadaje pytania, odpowiada, mówi "Ach, już rozumiem", podsuwa uzgodnione wcześniej kwestie, naprowadza na właściwy trop, cytuje siebie... Według mnie bardzo sztucznie to wyglądało.

Autor odżegnuje się od New Age, ale styl bardzo mi się z tym kojarzył. Dużo powtarzania w kółko tego samego, trochę odwołań do wcześniejszych książek Wilbera. Mało definicji. Być może po to, żeby łatwiej było interpretować różne terminy w zależności od potrzeb. Sporo szumnych nazw własnych dla zjawisk od dawna znanych pod innymi mianami. Na przykład "Prawa Ręka" to "empiryzm" lub "poznawanie świata poprzez zmysły". Garść pojęć zaczerpniętych z buddyzmu. Chętnie dowiedziałabym się, co znaczy to czy inne coś-tam-jama, ale tych wyjaśnień zabrakło. Grunt, że zgadza się z tezami postawionymi w książce. Często pojawiają się dramatyczno-poetyckie fragmenty. Przykład ze strony 185:
W twoim sercu galaktyki rodzą się i umierają. Czas i przestrzeń tańczą jak skrzące się obrazy na obliczu promiennej Pustki. Cały wszechświat traci ciężar. Jednym haustem możesz połknąć Drogę Mleczną, położyć sobie Gaję na dłoni i pobłogosławić ją.
Zastosowana argumentacja mnie nie przekonywała. Często sprowadzało się to do wysnuwania wniosków na podstawie anegdotycznych obserwacji albo autorytarnego stwierdzenia, iż "X w swoim dziele wykazał, że...". Wydaje mi się, że filozofowie rzadko cokolwiek wykazują. Raczej postulują.

Książka ma również pewne zalety. Może nie tyle dowiedziałam się nowych rzeczy o hermeneutyce, co mogłam nieco usystematyzować wcześniejszą wiedzę. Dostajemy również omówienie tez stawianych przez wybranych filozofów. Mam jednak wrażenie, że to tylko margines i nie o to chodziło Wilberowi. Do tego te interesujące okruchy zostały owinięte w grubą warstwę waty. Ogółem: można czytać, ale ostrożnie i sceptycznie.

O macoszym traktowaniu wielu dziedzin, w tym banalnej logiki, najlepiej świadczy fragment ze strony 40:
Przypomina to trzypiętrowy dom. Możemy, jak to zwykle bywa, uznać każde piętro za jeden poziom. W ten sposób ów dom będzie miał głębię trzy — trzy poziomy. Ale możemy również każdy stopień schodów uznać za poziom. Przyjmijmy, że między piętrami jest dwadzieścia schodów — powiemy wówczas, że ten dom ma sześćdziesiąt poziomów lub głębię sześćdziesiąt.
Cóż, dla mnie to logiczna zagadka na poziomie podstawówki.

Językowo książka również nie powaliła mnie na kolana. Trafiają się literówki, dwuznaczne konstrukcje, połknięte słowa... Duch, jakoby przenikający wszechświat, wielu rzeczy nie dopilnował. Pewnie ma ważniejsze sprawy i jak zwykle trzeba liczyć na własne siły.

czwartek, 7 czerwca 2018

"Niepełnia" — niejasno

Tytuł:          Niepełnia   
Autor:          Anna Kańtoch
Wydawnictwo:    Powergraph  
Rok 1. wydania: 2017        

Jak lubię Autorkę — w różnych aspektach: fantastycznym i kryminalnym — tak ta książka mi się nie spodobała. Ciągle nie wiem, o czym była i co jest niepełne. Moje zrozumienie kwestii na pewno, ale prawdopodobnie nie o to chodziło. Wydarzenia się powtarzają, albo takie same rzeczy dzieją się kilkakrotnie, co dodatkowo utrudnia orientację.

Bohaterów dużo. Trochę mi się mylili, tym bardziej, że czasami występowali jako normalne postacie, które coś tam robiły, a czasami pojawiali się w opowiadaniach, które czytali inni bohaterowie. Bardzo duża część zachowań wydaje mi się co najmniej dziwaczna. Zabić kogoś, bo koleżanka powiedziała, żeby gonić. Porwać dla zabawy. Więzić kogoś w komórce, bo coś tam... Trudno się z takimi typami identyfikować, trudno któremuś kibicować.

Fabuła też mętna. Zabili go i uciekł. Znaczy, zabili, ale potem spotkali znowu. Po latach, ale niektóre tropy sugerują, że to się stało tej zimy... Nie mam pojęcia na czym stoję, co się wydarzyło, a co tylko zostało napisane w opowiadaniu. Skąd właściwie wzięły się te kartki. Znaczy, niby to akurat jest wyjaśnione, ale z kilkoma kłamstwami po drodze. Można wierzyć lub nie.

Jak już wspominałam, nie bardzo widzę powiązanie treści z tytułem.

Książka mianowana do Zajdla za rok 2017, więc wielu ludziom musiała się podobać. Hmmm, chętnie dowiedziałabym się, co takiego przeoczyłam. Bo nie widzę tej wybitności. Ale może to kwestia gustu.

Ale przynajmniej pod względem językowym jest bardzo dobrze, nie wpadły mi w oko żadne usterki.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

"Kryształy w przyrodzie i technice" — naukowo

Tytuł:          Kryształy w przyrodzie i technice 
Autor:          Praca zbiorowa                    
Wydawnictwo:    Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
Rok 1. wydania: 2008                              

Zbiór kilkunastu artykułów naukowych na różne tematy powiązane z kryształami: od występowania i produkowania, przez klasyfikowanie i badanie, do szczególnych typów kryształów (na przykład niezbędnych do laserów, występujących w meteorytach czy organizmach żywych itp.). Teksty zostały napisane przez różnych autorów. Trochę przeszkadzał mi brak ujednolicenia graficznego — jedni dzielili na rozdziały (niekiedy aż do dwuakapitowych podpodrozdziałów), inni pisali jednym ciągiem, ewentualnie dodając puste wersy przy przechodzeniu do nowej tematyki. Trudno było złapać rytm przy czytaniu.

Książka przeznaczona dla... właściwie nie wiem, dla kogo. Przypomina materiały pokonferencyjne — brak jednej myśli przewodniej, systematycznego wykładu. Każdy pisał o tym, co go interesowało. Czyli pewnie adresatami są naukowcy zajmujący się kryształami. Świadczy o tym chociażby wysoka koncentracja żargonu. Laikowi trudno się przez to przegryźć.

Dla mnie tekst okazał się zbyt trudny i niewiele się z niego dowiedziałam. Zabrakło mi rozumienia pojęć, które autorzy uznali za podstawowe, więc nie wyjaśniali.

Dużą zaletę stanowią ilustracje — liczne, kolorowe i dobrej jakości. Po każdym artykule, na kredowym papierze. W sumie ponad dwie i pół setki zdjęć. Ale nie pogniewałabym się za bardziej szczegółowe opisy. Taki "Wpływ stopnia przesycenia na morfologię kryształów nahcolitu NaCO3 [1]. Nahcolit, układ jednoskośny, klasa 2/m" — to do osi ozdobionej ideogramami kryształów — nie brzmi przystępnie. A to jeden z tych łatwiejszych do zrozumienia rysunków.

Uważam, że ciekawym pomysłem (interesującym również marketingowo) jest dołączenie do książki rozdziału opisującego wystawę w Muzeum Geologicznym UŁ. Ale wizyta w muzeum jeszcze przede mną.

Język — jak już wspominałam — trudny i przesycony terminami pojmowalnymi tylko dla wtajemniczonych. Na ogół poprawny, ale zdarzały się wpadki (przyznaję, rzadko). Ktoś zmienił podmiot w zdaniu złożonym z imiesłowem współczesnym — szkolny błąd. A jedna literówka mnie rozbawiła, poszło o "cztery niesmarowane elektrony walencyjne".

piątek, 1 czerwca 2018

"Biała wódka, czarny ptak" — polsko-niemiecko

Tytuł:          Biała wódka, czarny ptak
Autor:          Wiesław Weiss           
Wydawnictwo:    Wydawnictwo W.A.B.      
Rok 1. wydania: 2016                    

Książka bardzo mocno ociera się o stosunki polsko-niemieckie. Skomplikowane, jak wiadomo. Bohater, młody dziennikarz zostaje poproszony o powęszenie w sprawie zniknięcia znanej niemieckiej pisarki. Jako że zaginięcie nastąpiło gdzieś w połowie grudnia 1981, przyczyny mogły być rozmaite. Władza ludowa nie bardzo wywiązuje się z obowiązku ustalenia, co właściwie się z kobietą stało. A może właśnie doskonale wie i z tego powodu milczy?

W książce przeplatają się wątki poszukiwawcze — z kwietnia '82, z dziennikarzem w roli głównej — i wyjaśniające — z grudnia '81, opisujące działania pisarki. Co i rusz pojawia się głębsza retrospekcja, dotycząca czasów drugiej wojny światowej, bo właśnie wtedy się wszystko zaczęło...

Te wyjaśnienia, występujące równolegle z zagadkami do rozwikłania, pozbawiały mnie części zabawy z czytania kryminału. Skoro prawie wszystko jasne, nie ma co główkować, pozostaje patrzenie, czy bohater idzie dobrym tropem.

Mimo to książka dość ciekawa, intryga skomplikowana. To na pewno nie było banalne zabójstwo. Czytało się całkiem przyjemnie. Z dwoma wyjątkami. Pierwszy to sny dziennikarza, w których przenosi się do Warszawy sprzed wieku, znanej ze zdjęć i książek. Tramwaje konne, ważne wydarzenia (jak na przykład obserwowanie komety Halleya)... Obawiam się, że w większości przypadków sny są interesujące wyłącznie dla osoby śniącej. Albo i to nie.

Drugi minus to seks. Dokąd by dziennikarz nie poszedł, musi natknąć się na kobietę, która z nim flirtuje, idzie do łóżka, rozbiera się przy nim albo przynajmniej wymachuje biustem przed oczyma. Odnosiłam wrażenie, że czytam o mokrych snach niewyżytego samca. A nie po to sięgam po kryminały...

Bohaterowie niespecjalnie mnie przekonali. Protagonista zbyt często użala się nad sobą. Przez pół książki biadoli, że ma mało pieniędzy, a potem płaci sporą sumę prostytutce, chociaż wcale nie musi. Z pozostałych — ci po niewłaściwej stronie ideologicznej barykady są tacy źli, że już gorsi być nie mogą. Podli, sadystyczni, leniwi...

Tytuł wydaje się słabo związany z treścią. OK, można się czegoś doszukiwać (za kołnierz nikt nie wylewa), padają takie słowa... Ale ostatecznie powiedzonko nie zostaje wyjaśnione.

Pod względem językowym nawet nieźle, ale zdarzały się jakieś zgubione podmioty.