Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chemia. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2022

"Stulecie trucicieli" — wiktoriańska Anglia

Tytuł:           Stulecie trucicieli                     
Tytuł oryginału: The Secret Poisoner. A Century of Murder
Autor:           Linda Stratmann                         
Tłuacz:          Katarzyna Skawran                       
Wydawnictwo:     Wydawnictwo RM                          
Rok 1. wydania:  2016                                    

Książka opowiada o wielu morderstwach, które miały miejsce w XIX wieku, głównie w Wielkiej Brytanii. Odnoszę wrażenie, że to śmierci słynne (chociaż nie zawsze dotyczyły znanych ludzi), szeroko komentowane w prasie, w przypadku których publiczność żywo interesowała się procesami sądowymi. Autorka kładzie nacisk właśnie na rozprawy, decyzje przysięgłych i wyroki.

Dziewiętnaście rozdziałów, ale nie wiem, na jakiej podstawie zostały wydzielone. To nie jest tak, że jedna słynna sprawa odpowiada jednemu rozdziałowi. Chyba najbliżej prawdy byłoby twierdzenie, że każdy rozdział opisuje jakiś problem.

Początkowo czytałam z zaciekawieniem, ale powtarzalność schematów zaczęła nużyć. Tacy to a tacy ludzie mieszkali ze sobą, jedno z nich miało jakiś powód, aby pozbyć się drugiego, które umarło paskudną śmiercią. Czasem ofiarę odwiedzali znajomi, dokonano badań wymiocin, odchodów, organów po śmierci, znaleziono (lub nie) truciznę, sprawa w sądzie, oskarżonego skazano lub uniewinniono.

Bardzo dużo postaci, gorzej z jakąś osią wykładu. Trochę tak, jakby Stratmann zreferowała znane procesy o otrucie. Można uznać, że tę rolę odgrywają testy wykrywające trucizny, ale odkrycia naukowe zostały za słabo wyeksponowane, giną w tłumie ludzi.

Wśród trucizn króluje arszenik. Chyba najbardziej zaskoczyło mnie, jak łatwo było kiedyś nabyć śmiertelne dawki paskudztw. Już za jednego pensa można się było nieźle obłowić. Ja wiem, że inflacja, że w międzyczasie Brytyjczycy zreformowali swój skomplikowany system pieniężny, ale i tak jeden pens za życie wydaje mi się bardzo niską ceną.

Książka została zilustrowana czarno-białymi fotografiami i rycinami. Na końcu zamieszczono słowniczek co bardziej trujących substancji oraz bibliografię (na ponad dziesięć stron).

Nie zauważyłam wpadek językowych.

piątek, 25 lutego 2022

"50 substancji..." — jak w tytule

Tytuł:           50 substancji, które zmieniły bieg historii
Tytuł oryginału: Fifty Minerals that Changed the Course of  
                 History                                    
Autor:           Eric Chaline                               
Wydawnictwo:     Almapress                                  
Rok 1. wydania:  2012                                       

Tytuł mówi prawdę — książka została podzielona na 50 krótkich (od dwóch do ośmiu stron) rozdzialików, każdy poświęcony innej substancji. Rozdzialiki poukładanie są alfabetycznie, ale po łacinie — od diamentu (adamas) do cynku (zink).

Każdy rozdział zaczyna się od najważniejszych informacji; rodzaj, pochodzenie/występowanie i skład chemiczny oraz zasygnalizowania, w jakich dziedzinach materiał wpłynął na historię (do wyboru są: przemysłowe, kulturowe, handlowe i naukowe). 

Potem następuje jednoakapitowy wstęp i opis znaczenia danej substancji dla historii (głównie Europy Zachodniej ze szczególnym uwzględnieniem Anglii, ale nie tylko). Czasem ten opis składa się z kilku części. Można tu znaleźć różne ciekawostki. Zdarzają się również ramki z jakimś odrębnym tematem. Niekiedy dochodzi jeszcze cytat na temat omawianego minerału (często z Biblii).

Język bardzo przystępny, niemal jak dla dzieci. To wrażenie pogłębiają jeszcze kolorowe ilustracje na każdej stronie. Niestety, uważam, że zostały słabo opisane. To raczej komentarze niż podpisy. Na przykład (chyba) obraz przedstawiający mrowie okrętów opatrzono notatką: "Bitwa morska. Grafit pomógł angielskim artylerzystom pokonać Wielką Armadę". Ani kto namalował, ani jak nazwał dzieło, ani po której stronie walczyły te statki... 

Mimo to książkę odebrałam jako raczej erudycyjną. Może sprawiła to spora ilość faktów i fakcików, a może powiązania między substancjami — uwagi w stylu "o tym wydarzeniu wspominaliśmy już w rozdziale o...". Lubię, kiedy nauka przedstawiona jest jak kłębek wzajemnych zależności.

Na końcu książki zamieszczono literaturę (dwie strony), indeks oraz ilustracje (ale drobniutkim drukiem i też bez szczegółów).

Z wpadek językowych zauważyłam literówkę, brzydkie powtórzenie i jedno słowo pozostawione po angielsku.

środa, 3 lutego 2021

"Składniki" — o badaniach żywności

Tytuł:           Składniki    
Tytuł oryginału: Ingredients  
Autor:           George Zaidan
Wydawnictwo:     Marginesy    
Rok 1. wydania:  2020         

Podtytuł brzmi "Osobliwa chemia tego, co jemy i czym się smarujemy". Zarówno on, jak i tytuł mijają się z prawdą. Książka bardziej jest o metodologii badawczej, o tym, co nam mówią wyniki badań nad różnymi substancjami, jak te wyniki interpretować i dlaczego na ogół nie warto na łeb, na szyję rzucać się i zmieniać nawyki po przeczytaniu chwytliwego tytułu, że produkt A zwiększa ryzyko zachorowania na coś tam o 12%. Opisy, jak różne substancje na nas działają, też można spotkać, ale nie ma ich dużo. W roli smarowideł występuje tylko krem z filtrem UV.

Zastanawiam się, do kogo adresowana jest książka. Często Autor łopatologicznie tłumaczy naprawdę proste rzeczy (na przykład, czym są wiązania atomowe), jakby pisał dla dzieci. A czasami rzuci wulgaryzmem, jakby praca do dzieci nigdy nie powinna trafić. Do tego nagminnie odwołuje się do amerykańskich instytucji — kto wydał orzeczenie w sprawie wpływu papierosów na raka, jakimi dokładnie słowami go opisał itd. Wydaje mi się, że wydawca mógłby zadbać o przytoczenie polskich odpowiedników chociaż w przypisach. Zastanawiałam się, czego mali Amerykanie uczą się w podstawówce na biologii, skoro definicję fotosyntezy poznają dopiero w liceum.

Plusy przemieszane są z minusami. Jeśli już trafi się jakiś opis stricte chemicznego wpływu na organizm, to raczej jest ciekawy i wytłumaczony dokładnie. Na przykład — dlaczego cyjanek jest taki zabójczy. Albo formaldehyd doskonale konserwuje (przy okazji również zabijając). Ale te informacje są bardzo wybiórcze i sprawiają wrażenie dobranych przypadkowo.

Jednak można się z książki czegoś pożytecznego dowiedzieć, a nawet pod jej wpływem pomyśleć, w jaki sposób naukowcy dochodzą do publikowanych później rezultatów badań, i jak to powinno wpływać na interpretację wyników. Rady Zaidana na temat zachowania również wydają mi się rozsądne.

Styl bardzo lekki, sporo dowcipów i zabawnych porównań. Dzięki temu czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. To wrażenie jeszcze pogłębiają rysunki — lekko stylizowane na dziecinne.

Brakuje rzeczy typowych dla publikacji popularnonaukowych — bibliografii, indeksu i takich tam. Na wskroś amerykańskie podziękowania dla całego świata i każdego znajomego to niezupełnie to samo.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

wtorek, 25 sierpnia 2020

"Chemia środowiska" — o pierwiastkach

Tytuł:           Chemia środowiska      
Tytuł oryginału: Environmental Chemistry
Autor:           Peter O'Neill          
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok 1. wydania:  1985                   

Książka mówi o obiegu kilku pierwiastków w przyrodzie. Załapały się te najważniejsze dla życia i planety: tlen, wodór, węgiel, azot, siarka, fosfor, krzem, żelazo, glin, wapń i magnez, sód i potas. Prawie każdy dostaje własny rozdział (cztery ostatnie zostały połączone w pary). Dodatkowo, ostatnia część opowiada o truciznach i innych przysparzających problemów pierwiastkach (ołów, rtęć, cynk i kadm, radon) i związkach.

Typowy rozdział zaczyna się od opisu obiegu danego pierwiastka w przyrodzie. Po nim następują dość dygresyjne omówienia różnych zagadnień związanych z daną substancją. Na przykład przy azocie są to: "tlenki azotu w atmosferze", "nawozy azotowe", "azotany w wodzie pitnej" oraz "dieta fizjologiczna i produkcja żywności". Oczywiście, w poszczególnych rozdziałach nie da się kurczowo trzymać jednego pierwiastka, przy okazji trzeba zahaczyć o inne.

Książka ciekawa, ale niekoniecznie łatwa w odbiorze. To bardziej wykład (i przeznaczony głównie dla studentów pokrewnej tematyki) niż gawęda. Język przesycony żargonem i nazwami substancji, choć trzeba przyznać, że wiele terminów wyjaśniono w słowniczku. Dużo rysunków, ale wiele z nich wydaje mi się niejasne i/lub niedostatecznie opisane. Jakby prosiły o dodatkowy komentarz wykładowcy. Jeszcze więcej równań reakcji.

Ogółem lektura bogata w informacje, wręcz gęsta. Można sporo się dowiedzieć, lecz zawarta wiedza wymaga długiego trawienia, zanim zostanie przyswojona.

Zauważyłam zabawne zjawisko. Autor szczegółowo tłumaczy pojęcia spoza swojej dziedziny (nawet raczej proste, jak na przykład heterotrofy), ale własne poletko traktuje skrótowo. Jakby zakładał, że to są podstawy i każdy ma obowiązek je znać.

Na końcu książki umieszczono słowniczek oraz skorowidz rzeczowy. Brak natomiast bibliografii, co nieco dziwi w publikacji PWN.

Nie zauważyłam kiksów językowych.

środa, 14 sierpnia 2019

"Trucizna" — otruwanie kiedyś i dziś

Tytuł:           Trucizna               
Tytuł oryginału: The Royal Art of Poison
Autor:           Eleanor Herman         
Wydawnictwo:     Znak Horyzont          
Rok 1. wydania:  2018                   

Podtytuł — "Czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku" więcej mówi o bardzo ciekawej tematyce książki — truciźnie na głównych dworach Europy. Jak często królowie oraz ich rodziny i kochanki od niej umierali? I częściej, i rzadziej niż sądzono. Jakie środki stosowali, aby uniknąć śmierci? Rozmaite, ale za mało wiedzieli, żeby chronić się skutecznie. Jak trucicielstwo ma się w dzisiejszych czasach? Zaskakująco dobrze.

Opracowanie podzielone zostało na trzy części. Pierwsza opowiada o obecności trucizn w otoczeniu władców. Ujmę to tak: nie chciałabym tam i wtedy żyć. Na talerzu jeszcze lądowały w miarę rzadko, ale w lekarstwach i kosmetykach były wszechobecne. Ówczesne poglądy na higienę to jeszcze inna historia.

Druga część to zestaw krótkich rozdziałów poświęconym słynnym osobom (nie tylko z dworów królewskich), w których przypadku żywiono podejrzenie, że zostali otruci. Typowa historyjka zawiera opis, czym delikwent mógł podpaść wrogom oraz ostatnie dni. Po nim następują niegdysiejsze wyniki sekcji i diagnozy, a na końcu — współczesne rezultaty badań na podstawie ekshumacji lub skrupulatnie opisanych objawów.

Ostatnia i najkrótsza część książki traktuje o truciznach w czasach nowożytnych — rozwój nauki, rozpowszechnienie świadomych i nieświadomych prób otrucia wśród pospólstwa, dominująca rola Kremla w tej dziedzinie...

Język przystępny i żywy, czyta się z przyjemnością. Chociaż niekiedy i z obrzydzeniem albo grozą — nawet żelazne zdrowie nie gwarantowało przeżycia niegdysiejszych zabiegów lekarskich. I puszczanie krwi wcale jeszcze nie było najgorsze. Cóż, ciekawe, co potomni powiedzą o głupocie naszej medycyny, przemysłu kosmetycznego, papierosach...

Druga część jest ilustrowana — każdej biografii towarzyszy co najmniej jeden czarno-biały portret opisywanej osoby.

Na końcu książki znajduje się coś w rodzaju posłowia Autorki, spis trucizn (i rekordzistek w tej dziedzinie) oraz podziękowania. Chętnym do dalszego wzbogacenia wiedzy może pomóc kilkunastostronicowa bibliografia (podzielona na książki, artykuły oraz artykuły internetowe) i indeks.

Nie zauważyłam żadnych wpadek językowych.

czwartek, 27 czerwca 2019

"Znikająca łyżeczka" — ciekawostki chemiczne

Tytuł:           Znikająca łyżeczka    
Tytuł oryginału: The Disappearing Spoon
Autor:           Sam Kean              
Wydawnictwo:     Feeria Science        
Rok 1. wydania:  2010                  

Podtytuł — "Dziwne opowieści chemicznej treści" — nieźle oddaje treść. To zbiór ciekawostek i anegdot dotyczących różnych pierwiastków. Sam tytuł pochodzi od psikusa chemicznych żartownisiów: z talu robi się łyżeczkę do herbaty i wręcza ofierze. Dowcip polega na tym, że tal topi się w temperaturze 29 stopni, więc zaskoczonemu obiektowi dowcipu łyżeczka znika podczas mieszania.

Książka składa się z 19 rozdziałów zebranych w pięciu częściach (z grubsza można napisać, że koncentrują się na powstaniu układu okresowego, radioaktywności, biologii, społeczeństwie i ciekawostkach). Na początku każdego rozdziału znajdują się kafelki z tablicy Mendelejewa odnoszące się do głównych bohaterów danej historyjki.

To raczej gawęda niż wykład — Autor meandruje dookoła tematu, przytacza wiele anegdotek o badaczach zajmujących się omawianym problemem, wspomina o ich uczuciach (kto komu zazdrościł, kto zachował się z klasą, kto zaliczył bardzo głupią wpadkę...). Jeśli jest tu jakiś systematyczny plan opowiedzenia o wszystkich pierwiastkach, to nie rzuca się w oczy. Lekki styl, powinien być zrozumiały także dla laików.

Czyta się bardzo przyjemnie, chociaż zapewne po kilku miesiącach trudno będzie znaleźć w książce konkretną informację. Brak indeksu (chociażby pierwiastków, jeśli już nie wszystkich omawianych związków) woła o pomstę do nieba. Bibliografia jest gorzej niż skromna — zawiera tylko 9 pozycji, ale dodatkowe zamieszczone zostały w przypisach na końcu (weź, człowieku, i coś tam znajdź, kiedy już zdążysz zapomnieć, w którym rozdziale było na przykład o cyklonie B).

Amerykańskość punktu widzenia jest widoczna, ale nie bije po oczach ani nie przeszkadza w lekturze.

Ilustracje pojawiają się bardzo rzadko, zwykle są to fotografie, które z jakichś powodów zapisały się w historii nauki. Na końcu książki znajdują się wywiad z Autorem, omówienie jego ulubionych pierwiastków i układ okresowy — prosty, zawierający tylko podstawowe informacje: skrót, liczba atomowa i masa.

Nie zauważyłam żadnych usterek językowych.