Tytuł: Wojna i mir
Tytuł tłumaczenia: Wojna i pokój
Autor: Lew Tołstoj
Wydawnictwo: EKSMO-Press
Rok 1. wydania: 1869
Uch, bardzo długo męczyłam tę książkę, a ona męczyła mnie. Może i półtora wieku temu Pan Hrabia raczył napisać odkrywczą i nowatorską rosyjską epopeję narodową. Teraz... Mam wrażenie, że dzieło niesamowicie się zestarzało, pełno w nim dłużyzn, postacie plotą w kółko te same banały, a Autor na całe gardło opiewa idee niegdyś konserwatywne, obecnie zmurszałe. Może to patriotyzm, ale głośniej przemawiają do mnie poglądy na temat pańszczyzny przedstawione w "Panu Tadeuszu" (wydanym wszak kilkadziesiąt lat albo epokę wcześniej niż "Wojna i pokój") od tych wyznawanych przez Tołstoja. A może po prostu wiem, do czego rosyjski feudalizm doprowadził.
Bohaterowie to banda głupców. Wspominałam już kiedyś, że takich nie znoszę? Arystokracja przesiaduje w salonach, sypie bon motami, latami przelewa z pustego w próżne, z fascynacją bada czubek własnego nosa. Dla mnie to plejada negatywnych postaci. Tylko jeden człowiek w powieści wydaje się myśleć w miarę logicznie, ale umiera. Irytował mnie brak postaci, której mogłabym kibicować.
Najciekawszy aspekt książki to stosunek do Napoleona. Jak się okazuje — nie każdy naród umieszcza Bonapartego w hymnie, lubi go i szanuje. Zainteresowanie odmiennym podejściem szybko jednak przerodziło się w rozbawienie (naprawdę cesarz Francuzów był tak kiepskim dowódcą?) i znudzenie, gdy te same stwierdzenia wałkowano na dziesiątkach stron i powtarzano nie rzadziej niż co pół setki.
Naiwne próby wywyższenia Rosjan kosztem atakujących jako żywo przypominały stosunek Kalego do kradzieży krów. Napoleon nie potrafił powstrzymać grabieży i pożaru Moskwy, bo jego własne wojska go nie słuchały — taki marny oficer! Kutuzow nie potrafił powstrzymać niepotrzebnych ofensyw na wycofującego się napastnika, bo wspaniali chłopcy aż palili się do walki — tacy dzielni żołnierze! Tak właściwie, to nie wiadomo, po co Europie były Wellington i Waterloo, przecież Napoleon został rozbity przez Kutuzowa pod Borodino. A że Rosjan zginęło wtedy więcej niż Francuzów, a Bonaparte wkrótce po bitwie zajął Moskwę? Oj, tak jakoś wyszło.
Najgorsze ze wszystkiego były Tołstojowskie wstawki historiozoficzne. Pogląd, który dałoby się streścić jednym zdaniem, zostaje drobiazgowo, w wielu rozdziałach, wyjaśniony czytelnikowi. Co gorsza, widzę w tych rozważaniach więcej infantylizmu niż świeżości i odkrywczości. A kiedy jeszcze Autor zaczyna przytaczać przykłady z fizyki... No, jeśli nie ma się pojęcia o związku między elektrycznością a ciepłem, to po co o nim pisać?
Język. Czytałam w oryginale, więc nie potrafiłam w pełni docenić bogatego słownictwa (cieszyłam się, że rozumiem), ale rzucały mi się w oczy powtórzenia. Może i w rosyjskim nie uznaje się ich za błąd. Ale chociażby Bułyczow jakoś sobie radzi z wynajdowaniem synonimów.
Ale ostatecznie Lew Nikołajewicz pogrążył się poglądami na temat płci pięknej. Mojej płci, tak się składa. Oj, przeciwstawienie kobiet mądrych kobietom prawdziwym, maleńki rozumek... Po prostu nie.