Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 sierpnia 2023

"Nędznicy" 2 — domknięcie wątków

Tytuł:           Nędznicy      
Tytuł oryginału: Les Misérables
Tom:             II            
Autor:           Victor Hugo   
Wydawnictwo:     Iskry         
Rok 1. wydania:  1862          

Drugi (w moim wydaniu ostatni) tom monumentalnej powieści. Fabuła głównie dotyczy Mariusza, chociaż gdzieś w tle ciągle przewija się były galernik. Akcja toczy się kilka lat później — Kozeta zdążyła podrosnąć i jest panną na wydaniu. Młodzi oczywiście zakochują się w sobie bez pamięci i przez resztę książki ze wszystkich sił dążą do zawarcia związku.

Oczywiście romans to nie jedyny wątek. Mariusz (wychowywany przez dziadka) dowiaduje się pewnych rzeczy o ojcu i zmienia poglądy polityczne. Jan Valjean ucieka przed Javertem, jednocześnie bez przerwy chroniąc Kozetę przed całym złem tego świata, Thenardier chwyta się coraz nikczemniejszych sposobów zdobywania pieniędzy, paryżanie walczą na barykadach...

Powieść ma swoje zalety — przegląd francuskich warstw społecznych, opisy niektórych wydarzeń historycznych, życia w dziewiętnastym wieku... To wszystko pozostaje w mocy. Ale nie mogłam zżyć się z bohaterami. Jak dla mnie zachowują się mało racjonalnie, pozwalają emocjom miotać sobą i podejmują dziwaczne decyzje. Nie, romantyzm zdecydowanie nie jest epoką dla mnie. Ciekawa jestem, czy w tamtych czasach ludzie rzeczywiście bardziej kierowali się porywami serc, czy też po prostu tacy bohaterowie byli modni. 

Mimo to, gdzieś z tła można wydłubać celne obserwacje. Chyba najbardziej przemówiło do mnie zdanie: "Rzadkie widywanie ludzi pozwala przypisywać im wszystkie możliwe doskonałości". Jednak Hugo miał swój rozum i nie został jednym z bardziej znanych twórców francuskich za piękne oczy.

Na końcu mojego wydania znajduje się posłowie, z którego dowiedziałam się, że Autor zawarł w powieści sporo motywów autobiograficznych (obdarzył Mariusza wieloma własnymi cechami), oraz że polskie tłumaczenie tytułu właściwie powinno brzmieć "Nędzarze" (ma to sens), ale kiedyś "nędznicy" mieli nieco inny zakres znaczeniowy, a potem już trudno było zmieniać tradycyjny tytuł. Dodam jeszcze, że w nieistniejącej Polsce powieść ukazała się wcześniej niż we Francji — w odcinkach, przetłumaczona z kopii rękopisu.

Nie zauważyłam usterek językowych.

poniedziałek, 17 lipca 2023

"Zabójstwo Rogera Ackroyda" — zaskakujący sprawca

Tytuł:           Zabójstwo Rogera Ackroyda  
Tytuł oryginału: The Murder of Roger Ackroyd
Autor:           Agatha Christie            
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Dolnośląskie   
Rok 1. wydania:  1926                       

Jeden z najsłynniejszych kryminałów Autorki, zajmuje wysokie miejsca w różnych rankingach. Wszystko dlatego, że tożsamość sprawcy naprawdę zaskakuje. A przecież dostajemy wszystkie niezbędne informacje, kiedy już wiadomo, na co patrzeć, tropy są wyraźne. Królowa kryminału pogrywa sobie z czytelnikiem, jak chce. Majstersztyk.

To jedna z pierwszych książek Christie i bodaj trzecia z Herkulesem Poirot, ale słynny detektyw już wycofał się z życia zawodowego, udał się na zasłużoną emeryturę na spokojną angielską wieś, gdzie oczywiście krótko po tym dochodzi do brutalnego morderstwa... Kapitan Hastings wyjechał do Argentyny, więc jego funkcje podejmuje miejscowy lekarz, który doskonale zna ofiarę i jej rodzinę. Takie skrzyżowanie Hastingsa z Watsonem.

Podejrzanych nie brakuje —  co człowiek mieszkający w jednym domu z ofiarą, to motyw. Małżeństwa i narzeczeństwa trzymane w tajemnicy, nieślubne dzieci... No i oczywiście pieniądze, bo zamordowany biedny nie był, a ktoś po nim dziedziczy. Galimatias godny południowoamerykańskiej telenoweli.

Te pewnie objaw pewnego braku wprawy (bo stężenie ukrywanych powiązań rodzinnych w jednym gospodarstwie domowym wydaje mi się przesadne). Podobnie klasyczne zebranie wszystkich podejrzanych w jednym miejscu, aby detektyw mógł wyjaśnić, do czego doszedł w rozmyślaniach. I jeszcze mniejsza niż zazwyczaj ilość klimatycznych szczegółów. Tym razem nie widać, że to inna epoka, chociaż książkę opublikowano w okresie międzywojennym. To już prawie sto lat temu...

W powieści znalazły również odzwierciedlenie pewne wydarzenia z prawdziwego życia Autorki — jej brat w tym okresie uzależnił się od narkotyków i ten wątek przemyka nieśmiało po kartkach.

Nie zauważyłam usterek językowych.

poniedziałek, 8 maja 2023

"Nad Niemnem" 3 — triumf miłości

Tytuł:          Nad Niemnem      
Autor:          Eliza Orzeszkowa 
Tom:            3                
Wydawnictwo:    Prószyński i S-ka
Rok 1. wydania: 1888             

Jak w komedii teatralnej w finale — bohaterowie hurtowo żenią się, a przynajmniej zaręczają. Miłość przezwycięża wszelkie przeszkody, a główna bohaterka wybrała dobrze, bo wszystko wskazuje na to, że będzie szczęśliwa. Ja tam jej źle nie życzę, niech sobie będzie. Póki co uniknęła losu Marty, Kirłowej i Korczyńskiej (każda na swój sposób nieszczęśliwa z powodu podjętych niegdyś decyzji).

Wprawdzie obrazek przedstawiony w powieści jest zbyt piękny, aby mógł być prawdziwy, ale czy prawdziwe romansidło może się obyć bez różowych okularów? Chociaż jakieś tam odcienie szarości zakradły się do książki (uważam, że dobrze jej to zrobiło) — Witold momentami kłóci się z ojcem, który skutecznie procesuje się z Bohatyrowiczami, bogacz dostaje kosza, a dziewczyna zazdrosna o Janka też nie ma lekko.

Wyrazisty podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych się utrzymał. Ci dobrzy kochają ziemię i chcą na niej pracować. Ci drudzy — woleliby ją sprzedać, przehulać albo w ogóle się nią brzydzą i ograniczają się do wysysania soków z owoców pracy innych. Cóż, może takie przesłanie sprawdzało się w pozytywistycznym dziewiętnastym wieku. Ja wyznaję nieco inną hierarchię wartości, chociaż nie uważam się za złego człowieka. Ale muszę przyznać, że rośliny doniczkowe nie mają u mnie lekkiego życia. Co innego książki. ;-)

Fabularnie — wszystko zmierza do kulminacyjnego momentu. Postacie zostały przedstawione już wcześniej (może żona Zygmusia-lekkoducha stanowi pewne novum, może jakieś młodsze dzieci...), a teraz zachowują się zgodnie z oczekiwaniami, acz nie muszą już się wysilać, bo czytelnik je pamięta.

W trzecim tomie legendarne opisy przyrody chyba rzadziej się pojawiają. A może przywykłam i już nie zwracam na nie takiej uwagi, tylko szybciutko przemykam wzrokiem po łąkach, falach Niemna i chmurkach...

Zauważyłam jedną literówkę. Język na pewno bogaty, nie zostaje się klasykiem za dukanie przy pomocy podstawowych dwóch tysięcy słów...

niedziela, 21 sierpnia 2022

"Ben Hur" — moralitet

Tytuł:           Ben Hur            
Tytuł oryginału: Ben-Hur            
Autor:           Lewis Wallace      
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Pelikan
Rok 1. wydania:  1880               

Akcja rozgrywa się na początku pierwszego wieku naszej ery, przeważnie w Judei. Bohaterem teoretycznie jest młody Izraelita, ale w tle nieustannie pojawia się Jezus, który niekiedy zdaje się dominować. Bardzo wyraźne antagonizmy między Żydami a Rzymianami. Przy czym ci pierwsi skupiają wszystkie możliwe zalety (co jeden, to szlachetniejszy), a ci drudzy ciągle piją, przechwalają się, uprawiają hazard (czasami mają kłopoty z wypłacaniem przegranej), oszukują, knują... Do tego nazywani są poganami.

Nie wierzę, że jedna społeczność składa się wyłącznie z cnotliwych mędrców, a druga z łajdaków — zawsze wady i zalety mieszają się, przeważnie również w jednym człowieku. Kiedy czytam coś takiego, na ogół zaczynam podejrzewać, że ktoś mną manipuluje. A przynajmniej próbuje.

Wydaje się to nieprawdopodobne, ale protagonista wybija się nawet na tle swoich dobrych do przesytu ziomków. Nie tylko jest szlachetny jak brylant czystej wody, lecz jeszcze młody, przystojny i tak bogaty, że cesarz mógłby mu sandały czyścić. Na dodatek świetnie walczy i jeszcze lepiej powozi. No, czego się nie dotknie, robi to doskonale. Podejrzewam, że sika i pluje też najpiękniej w całym imperium. Prawda, jest głupi, ale da się to wytłumaczyć zakochaniem.

W zasadzie momentami zaczynałam współczuć jego wrogom — nie dosyć, że od początku nie mieli najmniejszych szans, to jeszcze tyle chlają, że ciągle muszą chodzić skacowani.. Kiedy z łatwością można przewidzieć zakończenie każdego zatargu, fabuła robi się nieciekawa.

Na domiar złego dostajemy jeszcze miłość od pierwszego wejrzenia i nieprawdopodobne zwroty akcji. Ogółem — całość sprawia wrażenie prymitywnej opowiastki umoralniającej, z elementami wyciskacza łez. Nie czytało się tego przyjemnie.

Zauważyłam jakąś literówkę, gdzieś tam skład się posypał i kilka linijek zostało zdublowanych.

niedziela, 26 czerwca 2022

"Hrabia Monte Christo" — zatrzaskiwanie pułapek

Tytuł:           Hrabia Monte Christo    
Tytuł oryginału: Le Comte de Monte-Cristo
Autor:           Aleksander Dumas        
Tom:             3                       
Wydawnictwo:     Iskry                   
Rok 1. wydania:  1844                    

Trzeci tom książki pierwotnie wydanej jako całość, więc nie ma co liczyć na nowych istotnych bohaterów. To już tylko domykanie wątków — pułapki się zatrzaskują, ofiary zemsty tracą wszystko, co wcześniej ceniły. Niekiedy kara jest nawet sroższa niż planowana, często gęsto Monte Christo próbuje odkręcać to, co sam wcześniej pracowicie uknuł i na prośbę bliskiej osoby uratować to czy tamto życie.

Trochę przypomina wyjątkowo cierpliwego pająka — siedzi w swoim pałacyku, pilnuje kilku omotanych much i czuwa nad rozwojem sytuacji. Przyjaciele i znajomi natychmiast donoszą o każdym paryskim skandalu. A czego nie zauważą przyjaciele, tego dopilnuje wierna służba. W razie potrzeby pająk biegnie po wybranej nici, żeby zainterweniować.

Czasami dokonania hrabiego wydają się niewiarygodne. Nie pojmuję, jak dotarł do wszystkich niezbędnych dokumentów i świadków. Zapewne nie on jeden próbował, czyżby pieniądze robiły różnicę nawet dla czasu i przypadku? Wydaje mi się, że ówczesne pistolety nie były na tyle sprawne technicznie, żeby za każdym razem trafiać w ten sam punkt i umożliwiać zabawę z kartami. Ale mogę się mylić.

Trochę dziwne wydaje mi się zachowanie kobiety, która po nieudanej próbie zamordowania teścia uparcie stara się otruć pasierbicę. Na logikę, powinna poczekać, aż dziewczyna odziedziczy majątek po dziadku, a dopiero później dybać na jej życie. Bo wcale nie jest powiedziane, że dziadek nie wydziedziczyłby własnego syna.

Ogólnie rzecz biorąc, całą powieść czyta się przyjemnie —  przygodówka, w której ciągle zagrożone jest czyjeś życie. Podział na dobrych i złych bardzo wyraźny, może nawet lepszy byłby mniejszy kontrast. Szlachetny protagonista zostaje niesłusznie pokrzywdzony, a potem zdobywa wiedzę, majątek i pozycję. Dobrych nagradza, złych karze, niezależnie od tego, jak wysoko w społeczeństwie stoją. Sprawiedliwość triumfuje. Książka powinna być lekturą obowiązkową dla polityków (włączając bankierów i prokuratorów).

Nie zauważyłam usterek językowych. Znaczy, coś tam widziałam, ale nie byłam pewna, czy to nie wynika ze zmian w regułach interpunkcji albo próby archaizowania tekstu.

niedziela, 27 marca 2022

"Uczta. Polityk. Sofista. Eutyfron" — nierówno

Tytuł:           Uczta. Polityk. Sofista. Eutyfron       
Tytuł oryginału: Συμπόσιον. Πολιτικὸς. Σοφιστὴς. Εὐθύφρων
Autor:           Platon                                  
Tom:             3                                       
Wydawnictwo:     PWN                                     
Rok 1. wydania:  IV w. p.n.e.                            

Cztery teksty Platona, wybrane z trzech pierwszych tetralogii, a mimo to przypisywane (być może błędnie, tego pewnie już nikt nie ustlali) do trzech różnych okresów twórczości Autora. "Eutyfron" — do wczesnych dialogów, "Uczta" — do średnich, a dwa pozostałe — do późnych.

I te dwa stosunkowo najmłodsze teksty podobały mi się najmniej. Nazywa się je dialogami, ale to bardziej monologi z drugim głosem przytakującym (niewątpliwie, masz rację, jest, jak mówisz...) albo zadającym pytania. No, nic nie wnosi do dyskusji, robi wyłącznie za tło. A do tego tematyka jakby mniej ciekawa — sofiści już w starożytności nie cieszyli się ogromnym szacunkiem, a polityków obecnie uznaje się za wyjątkowo kłamliwą grupę. Oprócz tego irytowała mnie maniera definiowania czy klasyfikowania pojęć metodą dzielenia każdego włosa na dwa. I jeszcze raz na dwa. I jeszcze...

O "Uczcie" chyba każdy słyszał — siedzą panowie, piją wino i pół żartem, pół serio rozprawiają o miłości. To jeden z najpowszechniej znanych dialogów, więc nie będę się nad nim rozwodzić. Najbardziej spodobał mi się najkrótszy (ale niesamowicie treściwy) "Eutyfron". To fikcyjna rozmowa Sokratesa, właśnie oskarżonego o bezbożność i udającego się na rozprawę, z wieszczkiem Eutyfronem, który twierdzi, że doskonale zna się na bogach. Sokrates prosi go więc o wyjaśnienie, czym jest zbożność, a czym bezbożność, żeby wiedział, jak ma się bronić. Po prostu sam miód.

Te dwie pary zostały też różnie potraktowane przez tłumacza. "Polityk" i "Sofista" to gołe teksty zaopatrzone wyłącznie w ponumerowane przypisy, podczas gdy do "Uczty" i "Eutyfrona" tłumacz (ten sam) dopisał jeszcze wstępy i obszerne objaśnienia. Co tu kryć — jak na ogół nie przepadam za mówieniem mi, co myślę na dany temat, tak przy tekstach sprzed niemal dwóch i pół milleniów jednak komentarz się przydaje. Sama z siebie nie znam kontekstu ani miliona smakowitych szczegółów.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

piątek, 18 marca 2022

"Młot na czarownice" — inkwizytorska klasyka

Tytuł:           Młot na czarownice             
Tytuł oryginału: Malleus Maleficarum            
Autor:           Heinrich Kramer, Jacob Sprenger
Wydawnictwo:     Replika                        
Rok 1. wydania:  1487                           

Jak mawiają, to książka, o której każdy słyszał, ale mało kto czytał. Stosunek do niej najlepiej oddaje zdanie z wprowadzenia: "Współcześnie nie da się czytać 'Młota na czarownice' w zgodzie z intencjami autorów dzieła, ale z pewnością można go postrzegać jako ciekawą ilustrację ówczesnego społeczeństwa i jego pojmowania świata".

Książka niezbyt długa, bo to właściwie traktat, niewiele ponad instruktażową broszurę dla inkwizytorów — na początku papieska bulla wysławiająca twórców pod niebiosa, potem trochę ideologii, trochę przechwałek, garść rozważań kojarzących się ze scholastyką, sporo przykładów na poparcie własnych tez...

Dla dzisiejszego czytelnika to stek bzdur, aż trudno uwierzyć, że kiedyś ktoś traktował to wszystko śmiertelnie poważnie, szczególnie te stada latających kobiet. W sumie, obecnie niejeden widział UFO, może pół tysiąca lat temu tę rolę pełniły uczestniczki sabatu na miotłach.

Że całość jest mizoginiczna, to żadne zaskoczenie. Jeśli mężczyzna (zwłaszcza wysoki rangą duchowny) został przyłapany w nieciekawej sytuacji, to Szatan przybrał jego postać, aby dokuczyć zacnemu człekowi. Jeśli zachoruje ktoś, kto wcześniej pokłócił się z kobietą, to ani chyba ona go zaczarowała i nie ma się nad czym zastanawiać.

Poczesne miejsce w rozważaniach zajmuje "wstydliwy członek". To musiała być niezmiernie ważna część ciała i dziedzina życia dla Autorów. Ciekawa jestem, czy Freud czytał ten traktat. Jeśli młodzieniec uwiódł kobietę, obiecał jej małżeństwo, ale w końcu ożenił się z inną i stracił "męski wigor", to na pewno na skutek czarów porzuconej. Bo to niemożliwe, żeby podłapał gdzieś chorobę weneryczną, prawda?

Zdarzają się ciekawostki. Na przykład, że mleko ma naturę krwi menstruacyjnej. Hę???

Stosunkowo dużo literówek, w jednym miejscu całe słówko zniknęło. Gdzieniegdzie brakuje numerów stron, chociaż nie widzę żadnej logicznej przyczyny (koniec rozdziału itp.) dla takiego stanu rzeczy. Zapewne to szatańska sprawka.

sobota, 18 grudnia 2021

"Nad Niemnem" 2 — moralizatorsko

Tytuł:          Nad Niemnem      
Autor:          Eliza Orzeszkowa 
Tom:            2                
Wydawnictwo:    Prószyński i S-ka
Rok 1. wydania: 1888             

Romansu ciąg dalszy. Justyna przy każdej okazji spotyka się z Janem Bohatyrowiczem. Posuwa się nawet do pomocy przy żniwach i mimo nie całkiem odpowiedniego stroju, bierze sierp i coś tam próbuje żąć. Toczy długie rozmowy z gadatliwą matką Jana i z jego milkliwym stryjem. Z tym ostatnim rozmawiają głównie o przeszłości, panna zaczyna coś tam rozumieć.

Aby wątek romantyczny nie był zbyt prosty, Justyną zaczyna się również interesować inny mężczyzna — równie bogaty, co bezwartościowy. Stara miłość, kuzynek też chętnie by sobie poflirtował. A i dla Janka stroi się jego przyjaciółka z lat dziecinnych, strasznie zazdrosna o panienkę.

W tym wszystkim zaczęła mnie irytować dwubiegunowość postaci. Ci pracowici są pełni cnót, pozostali — odpychający, zajmują się głównie wyglądem, hipochondrią, zabawą i byciem znudzonym (oczywiście, jak to u szwarccharakterów bywa, te dwie cechy raczej idą w parze, niż się wykluczają). Może Kirłowa i zazdrosna chłopka wykazują jakieś odcienie szarości. Cała reszta jest albo biała, albo czarna, co pozbawia ich ludzkiego wymiaru.

Praca wygląda przy tym na lekką — nawet podczas żniw kobiety przerzucają się żartami. No, nic tylko wyprowadzać się na wieś, pod strzechy i tam prowadzić spokojne i cnotliwe życie pełne szacunku dla przodków (najlepiej powstańców) i zrozumienia dla współczesnych. Szkoda, że ten obrazek jest zbyt piękny, aby był prawdziwy.

Zaskoczyło mnie, że natychmiast po ścięciu zboże zwozi się z pola. Kiedy ostatni byłam na wsi podczas żniw, snopki przez dobrych kilka dni schły sobie na rżyskach, poukładane w kopy, dopiero później zwoziło się je do stodół i młóciło.

Zauważyłam ze dwie literówki.

niedziela, 24 października 2021

"Na Zachodzie bez zmian" — wojennie

Tytuł:           Na Zachodzie bez zmian
Tytuł oryginału: Im Westen nichts Neues
Autor:           Erich Maria Remarque  
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Literackie
Rok 1. wydania:  1929                  

Krótka powieść, ale bardzo gęsta. Autor podobno napisał ją w kilka tygodni (szacun). Podejrzewam, że w dużej części opiera się na motywach autobiograficznych. Akcja przeważnie toczy się na froncie podczas pierwszej wojny światowej i pokazuje losy grupki chłopców, których nauczyciel przekonał, żeby zaciągnęli się na ochotnika.

Książka pokazuje, jak wojna zmienia ludzi w żołnierzy. To nie jest na pół żartobliwe potraktowanie tematu jak w "C.K. Dezerterach" czy filozoficzno-spokojne jak w "Przygodach dobrego wojaka Szwejka". Niby jedna i ta sama wojna, a takie różnice. Ciekawa jestem, na ile wynikają z indywidualnych cech pisarzy, a na ile z cech charakterystycznych ich narodów. Acz istnieją również elementy wspólne: tępy/sadystyczny dowódca, sposób rozwiązania tego problemu, podróżowanie pociągami...

Wojna przedstawiona w powieści jest brutalna, leje się krew, syczy gaz bojowy, a bohaterowie się wykruszają. Zresztą, już na starcie z całej klasy została niewiele ponad połowa.

Ale chyba najgorsze są psychiczne zmiany zachodzące w tych dzieciakach. Oni już nie potrafią żyć w czasach pokoju, nawet wyobrazić sobie czegoś takiego nie bardzo mogą. Urlop to po prostu okres, kiedy człowiek jest bezpieczny, ale porozmawiać z rodziną nie ma o czym — oni tam nie byli, nie rozumieją, żyją w innym świecie. Cóż, to by wyjaśniało, dlaczego żołnierze nie przepadają za cywilami.

Rozumiem również, dlaczego niemiecka propaganda w czasach następnej wojny paliła książki Autora i w ogóle bardzo go nie lubiła. Obraz wyzierający z kartek książki nijak nie nadaje się do wykorzystania w celach propagandowych. Zwłaszcza dla Niemców.

Język prosty, jak coś, co rzeczywiście mógł napisać młody chłopak, do tego przygłuszony ostrzałem.

Na końcu książki znajduje się posłowie pióra Wilhelma Strzelczyka.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

wtorek, 31 sierpnia 2021

"Znachor" — odwrotność "Dyzmy"

Tytuł:          Znachor                          
Autor:          Tadeusz Dołęga-Mostowicz         
Wydawnictwo:    Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe
Rok 1. wydania: 1937                             

W pewnym sensie powieść stanowi odwrotność "Kariery Nikodema Dyzmy" — na skutek splotu różnych wydarzeń bohater (profesor medycyny) doznaje amnezji i egzystuje na wsi jako parobek u młynarza. Ale coś tam z poprzednich umiejętności mu zostało, bo przy pierwszej okazji zaczyna leczyć wszystkich chętnych. I idzie mu świetnie, jak na sławnego w całym kraju lekarza przystało.

Okazuje się, że trudniej profesorowi udawać parobka niż fordanserowi ekonomistę. Nie żeby protagoniście brakowało siły czy chęci do roboty. Problemy zaczynają się, gdy lekarz z pobliskiego miasteczka, z zazdrości o pacjentów, przy pierwszej nadarzającej się okazji postanawia oskarżyć "znachora" o nielegalną praktykę medyczną.

Nieco irytowały mnie zbiegi okoliczności, na przykład — że ojciec i córka, po długiej tułaczce, zupełnym przypadkiem zamieszkują niedaleko siebie. Albo że absolutnie każdy mężczyzna w okolicy zakochuje się w tej samej dziewczynie. Może być ładna, może być seksowna, ale przecież nie w typie każdego.

Nie rozumiem także żony protagonisty. OK, mogło jej się poprzewracać w głowie i zapragnęła uciec z jakimś ślicznym młodzieńcem. Bywa. Ale jaka matka skazałaby własne dziecko na nędzę tylko dlatego, że zakochała się w kimś innym? Przecież w domu ojca dziewczynce nie brakowałoby niczego, a i wykształcenie zdobyłaby mimochodem, jako coś absolutnie normalnego w tym środowisku.

Moje wydanie ozdobiono ilustracjami — kadrami z ekranizacji książki. I to mi przeszkadzało. Wolałabym wyobrazić sobie bohaterów samodzielnie, a nie co parę stron patrzeć, kogo w danej roli obsadził reżyser. Tym bardziej, że książkowa Marysia była blondynką, a tu na zdjęciach jakaś ciemnowłosa panna.

W książce trafiają się literówki. Brakuje również wielu przecinków, ale składam to na karb zmian w regułach interpunkcyjnych.

poniedziałek, 17 maja 2021

"Podróże Guliwera" — klasyka satyry

Tytuł:             Gulliver's Travels
Tytuł tłumaczenia: Podróże Guliwera  
Autor:             Jonathan Swift    
Wydawnictwo:       Collins Classics  
Rok 1. wydania:    1726              

Chyba każdy przynajmniej z grubsza zna treść: osiemnastowieczny żeglarz (lekarz, później kapitan) podróżuje po całym świecie i zazwyczaj wbrew swej woli trafia do dziwacznych, nieodkrytych wcześniej krain. Najczęściej pamięta się o liliputach, olbrzymach i mądrych koniach. Być może dlatego, że te przygody trwają najdłużej. Ale były jeszcze inne, również odbiegające od zachodniej Europy.

Trochę brakuje mi wiedzy o ówczesnym świecie, żeby docenić żarty. Podobno dwór Liliputów wzorowany jest na dworze Jerzego I, a wyrastający z bzdurnych powodów spór między Liliputami a Blefuscu — na konflikcie między Anglią i Francją. Potem role się odwracają i to protagonista jest karzełkiem, co pozwala na kilka interesujących obserwacji.

Za każdym razem bohater zaprzyjaźnia się z kimś znaczącym (przeważnie królem) i toczy z nim długie rozmowy, przy okazji mocno krytykując zachodnią cywilizację. Interlokutorzy aż nie mogą uwierzyć w te paskudztwa i głupoty. Chyba najbardziej oberwało się prawnikom, ale i lekarze nie wyszli z obgadywania bez szwanku. Miejscami widać publicystyczne ciągoty Autora.

Trochę nie mogłam pogodzić się z służalczością Guliwera. Cóż, może natenczas tak się rozmawiało z możnymi, ale szczególnie w krainie Houyhnhnmów bohater zachowuje się właściwie jak zdrajca człowieczego gatunku. A po szczęśliwym powrocie do domu nie potrafi rozmawiać z własną rodziną, tak mu ludzie obrzydli. Hmmm, ja bym nawet nie chciała żyć w tej końskiej utopii. Obawiam się, że — jak każda utopia — stałaby się nie do wytrzymania.

Dziwi mnie, że na tej historii oparto bajki i filmiki dla dzieci. To chyba przez te lilipucie rozmiary pierwszego napotkanego ludu. Bo problemy poruszane w książce są dość poważne, nie na dziecięce główki.

piątek, 12 marca 2021

"Nad Niemnem" 1 — wstęp do romansu

Tytuł:          Nad Niemnem      
Autor:          Eliza Orzeszkowa 
Tom:            1                
Wydawnictwo:    Prószyński i S-ka
Rok 1. wydania: 1888             

Pierwszy tom "Nad Niemnem" wygląda na zawiązanie romansu, z możliwością pojawienia się rozmaitych figur geometrycznych. Przez książkę przewija się wiele pobocznych postaci, w tym dwa straszliwie niedobrane małżeństwa. W jednym żona zajmuje się głównie chorowaniem, a mąż ciężko pracuje, dbając o ojcowiznę, w drugim na odwrót — żona tyra, a małżonek odwiedza sąsiadów i wiecznie żartuje. Przed ludźmi cała czwórka udaje niegasnącą miłość do drugiej połówki. A może nawet nie udają. Ale sądzę, że szanują się na krzyż.

Inny ważny wątek to motyw panny z wyższych sfer poślubiającej szczerze kochanego mężczyznę o wiele niższego urodzeniem, a potem żyjącej z nim długo i szczęśliwie, choć w trudzie. Albo niezbyt szczęśliwie, jeśli nie zdecyduje się na mezalians. Można śmiało twierdzić, że ten układ przewija się przez wieki.

Jak przystało na pozytywistkę, Orzeszkowa wiele miejsca poświęca zagadnieniu pracy, najlepiej u podstaw. Ciężko pracujący bohaterowie korzystają z owoców pracy, są spełnieni i cieszą się ogólnym szacunkiem. Lekkoduchy, bawidamki, znudzeni artyści, trzpiotki i reszta leniwej bandy przedstawiani są w bardzo niekorzystnym świetle. Najgorzej chyba wypada Emilia Korczyńska — odstręczająca hipochondryczka więcej uwagi poświęcająca swoim migrenom niż dzieciom.

Słynne opisy przyrody. Muszę przyznać Autorce, że ma bardzo bogate słownictwo, oko do kolorów i szczegółów, nieźle potrafi malować piórem. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie musi przy każdej okazji wymieniać wszystkich chwastów, które rosły w danym miejscu. Połowa w zupełności by wystarczyła.

Nie zauważyłam wpadek językowych. Pomijam te rzeczy, które kiedyś pisano całkiem inaczej, a dzisiaj wyglądają niezgrabnie.

piątek, 19 lutego 2021

"Przyszła na Sarnath zagłada" — opowiadania

Tytuł:           Przyszła na Sarnath zagłada
Autor:           Howard P. Lovecraft        
Wydawnictwo:     Vesper                     
Rok 1. wydania:  1917-1933                  

Zbiór dwudziestu trzech (w tym jedno na ponad sto stron) opowiadań, które nie załapały się do poprzedniego zestawienia. Prawie wszystkie powstały do 1927 roku. Większość dzieje się w Ameryce, ale są wyjątki — Houdini zwiedza Egipt, jeden z bohaterów jest lekarzem wojskowym podczas I wojny światowej... Ogólnie, ten zestaw tekstów wydaje mi się mniej homogeniczny niż pierwszy. Acz wiele opowieści wspomina o Arkham (fikcyjne miasto), a dwie dotyczą tego samego bohatera.

Opowiadania teoretycznie mają budzić grozę. Cóż, na mnie chwyty Lovecrafta nie działają. Jego prozę odbieram jako niemiłosiernie przegadaną i przeładowaną powtarzającymi się określeniami. Ciągle czytam, że coś jest ohydne, plugawe, odrażające, nieludzkie albo nie do opisania... I fetor, dużo fetoru. Bohaterowie często o mało co nie mdleją na widok przedmiotów albo innych doznań na ogół nie nadających się do odbierania przytomności.

Tym razem mniej rzucało mi się w oczy, że Autor był rasistą. Acz nadal ta osobowość nie wzbudziła mojej sympatii. Za mocno się różnimy.

Zbiór został wzbogacony o esej Lovecrafta na temat nadprzyrodzonej grozy w literaturze, bibliografię omawianych autorów (w podziale na poszczególne części opracowania) oraz posłowie tłumacza. O dziwo, ten esej czytało mi się lepiej niż opowiadania. Autor zrezygnował z nadmiaru przymiotników, pisał bardziej rzeczowo. Wprawdzie nie zgadzam się w ocenie tekstów (co mi się w literaturze podoba, to Lovecraft krytykował) i w tekście pełno spoilerów, ale lektura była przyjemniejsza.

Z usterek trafiła się często spotykana w fantasy: "niknący sierp księżyca stał bowiem wysoko na omglonym nieboskłonie. Nie rozumiem, dlaczego pisarze fantasy tak niechętnie patrzą w niebo. Jeśli nie chcą zgłębiać teorii, to niech chociaż praktyki spróbują. Otóż, im węższy sierp księżyca, tym bliżej słońca musi się znajdować (pozornie) — wschodzi niedługo przed świtem albo chowa się zaraz po zachodzie słońca i nie może wspiąć się wysoko (znaczy, może, ale za dnia, a wtedy jest słabo widoczny).

Jak słowa Lovecrafta mnie nie urzekają, tak sądzę, że tłumacz wykonał kawał dobrej roboty.

sobota, 30 stycznia 2021

"Germinal" — socjalizm po francusku

Tytuł:           Germinal                     
Tytuł oryginału: Germinal                     
Autor:           Émile Zola                   
Wydawnictwo:     Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok 1. wydania:  1885                         

Z tej powieści można się uczyć, co to jest naturalizm. Plastyczne opisy osiedli górniczych, robotników przymierających głodem, nawet kiedy pracują, harówki w kopalni... Momentami miałam wrażenie, że Zola co najmniej zimę sam przepracował, wydobywając węgiel. A wszystko to zestawione z raczej beztroskim (szczególnie w przypadku kobiet) życiem właścicieli kopalń.

Nie może więc dziwić, że po obniżce płac górnicy się buntują. Strajk, rozruchy stłumione w zarodku przez żandarmerię i wojsko... Ładnie przedstawione konflikty między robotnikami a władzami oraz rozmaite rozłamy wśród strajkujących. Liczyć na Międzynarodówkę czy opierać się na własnych siłach? Niszczyć maszyny czy nie? Rabować, mordować? Co z łamistrajkami? Do tego trochę odwiecznych problemów — trójkąty i tarcia o kobietę.

W książce wielokrotnie padają słowa o walce pracy i kapitału. Jednej stronie brakuje empatii, by zrozumieć drugą, druga z kolei nie ma wykształcenia ani wyobraźni, by wybiegać myślami poza napełnienie żołądków. Owszem, to nie jedyny problem w ludzkim życiu. Ale na tyle palący, że może owo życie znacząco skrócić.

Wydaje mi się znamienne, że najwięksi dziewiętnastowieczni pisarze rosyjscy Dostojewski i Tołstoj te problemy społeczne przedstawiają raczej z punktu widzenia klasy posiadającej. Wygląda na to, że rosyjski lud pracujący nie znalazł swoich reprezentantów, dopóki nie zrobiło się za późno na pokojowe zmiany.

Fabuła "Germinalu" jest ciekawa, obejmuje wiele wątków. A jednak to ciężka lektura. Los bohaterów nielekki, w zasadzie nie mają dobrego wyjścia. W pewnym sensie wielu z nich pod jakimś względem wykazuje podobieństwo do Katarzyny — dziewczyny wziętej siłą, a jednak lojalnej wobec brutalnego kochanka, chociaż tak naprawdę marzącej o innym.

Język niedzisiejszy. I nie mam tu na myśli archaizmów, lecz inne reguły interpunkcji. Na powtórzenia kiedyś chyba też patrzono inaczej.

sobota, 12 grudnia 2020

"Hrabia Monte Christo" — omotywanie ofiar

Tytuł:           Hrabia Monte Christo    
Tytuł oryginału: Le Comte de Monte-Cristo
Autor:           Aleksander Dumas        
Tom:             2                       
Wydawnictwo:     Iskry                   
Rok 1. wydania:  1844                    

Drugi tom. Edmund Dantes, używając nazwiska i tytułu "hrabia Monte Christo", przyjeżdża oficjalnie do Paryża i tam olśniewa swoje ofiary. Wkrada się w łaski, staje się celebrytą, szasta pieniędzmi, ratuje życia, którym najpierw sam zagroził... Wszystko po to, aby tym pewniej później wbić sztylet tam, gdzie będzie najbardziej bolało. Jeszcze tego nie robi, ale grunt już został przygotowany, rekwizyty rozłożone.

Ciekawe jest, jak dokładnie bohater dostosował karę do charakteru winnego. Hrabia bezwzględnie niszczy to, co dla danego człowieka jest najcenniejsze, wykazując się przy tym doskonałą znajomością psychologii swoich wrogów. Trzeba jednak przyznać, że ma powody do zemsty i bardzo wiele mu zabrano w młodości.

Buchaltera, który niegdyś napisał na Edmunda donos, by przejąć jego stanowisko, Monte Christo bardzo okrężną drogą doprowadza do straty pieniężnej. Na razie jeszcze stosunkowo niewielkiej, ale nie omieszkuje uświadomić ofierze, jak zagrożona jest jej ukochana fortuna. Żonie prokuratora, który go niesłusznie uwięził, podszeptuje, jak można otruć domownika, nie wzbudzając poważnych podejrzeń. Samemu prokuratorowi daje do zrozumienia, że wie o jego dawnym romansie i próbie zamordowania nieślubnego dziecka.

Ofiary należycie przygotowane, duszą się we własnym sobie obficie przyprawionym niepewnością. Tylko jedna Mercedes — niegdysiejsza narzeczona Edmunda — zaczyna coś podejrzewać. Chociaż jej akurat nic chyba nie grozi. W końcu tylko zgodziła się poślubić innego, wierząc, że pierwotny wybranek nie żyje.

Hrabia wydaje mi się nieco przesadzony. Łączy w sobie wszelkie zalety i talenty. Od dzieł sztuki i odróżniania kopii obrazów od oryginałów, do chemii i umiejętności sporządzenia cudownego lekarstwa. A do tego nie są mu obce narkotyki. No, kiedy on to wszystko zdążył opanować? Rozpoznawania malarzy i wywoływania pożądanych reakcji chemicznych nie da się nauczyć w celi.

Czyta się z zainteresowaniem. Niby zemsta, rzecz podła z definicji, ale podawana w tak niskiej temperaturze, że odbiorca życzy hrabiemu powodzenia. A może dlatego, że wrogowie (w większości niemal karykaturalnie źli) naprawdę zasłużyli.

Pod względem językowym bardzo przyzwoicie, tylko gdzieś znalazłam pytanie zakończone kropką.

wtorek, 3 listopada 2020

"C.K. Dezerterzy" — studium imperium

Tytuł:          C.K. Dezerterzy
Autor:          Kazimierz Sejda
Wydawnictwo:    Wydawnictwo MON
Rok 1. wydania: 1937           

Jeśli ktoś jeszcze o tym nie słyszał, to akcja toczy się pod koniec pierwszej wojny światowej. Fabuła jest wyraźnie podzielona. W pierwszej części protagonista błyszczy inteligencją, robi w konia tępawe wyższe szarże, mści się na sadystycznym oberleutnancie von Nogayu... Można mu szczerze życzyć zwycięstwa. W drugiej części już nie żołnierze, tylko dezerterzy bez przerwy uciekają. Ale nie przestają przy tym chlać ani robić głupot po pijaku tudzież chamsko się zachowywać. Aż nieprzyjemnie się czytało, jak się staczali.

Książkę można również postrzegać jako opis wielonarodowościowego imperium w stanie wojny z zewnętrznym przeciwnikiem. Może rdzenni Austriacy i Niemcy jeszcze jakoś się starali. Ale cała reszta starała się przeżyć i było im doskonale obojętne, co stanie się z jego wysokością cesarzem. Polak pomagał Polakowi. w głębokim poważaniu mając rozkazy. Ale do polskiego munduru Kania miał już całkiem inny stosunek.

Opisy wpływu armii na ludność cywilną też można uznać za interesujące. Kto nie zdezerterował, ten kradł na potęgę. Jak powszechnie wiadomo, w wojskowej hierarchii wartości cywil znajduje się za latryną (a między nimi długo, długo nic). Wykorzystuje się go więc na każdym kroku, naciąga na papierosy, żebrze o jedzenie, obraża na ulicy, uwodzi córki, w najlepszym wypadku zmyśla swoje bohaterskie czyny... Taki armijny pasożyt nie może za długo przetrwać i wykończy każde państwo. Zaczynam się zastanawiać, jakim cudem możliwa była wojna stuletnia.

W powieści niby ta sama pierwsza wojna światowa, ale jej obraz jest całkiem inny niż w "Przygodach dobrego wojaka Szwejka". Tam prezentowała się jako coś głupiego, ale do przeżycia. Tutaj nie ma dużo drastycznych opisów, lecz wzmianki o umierających żołnierzach potraktowanych gazami bojowymi albo o rzeziach na froncie już są.

Książka ma już swoje lata, a jednak wydaje się zadziwiająco aktualna. I nie chodzi mi tylko o przesłanie. Także o język — współczesny w gruncie rzeczy. Nie wiem, być może moje wydanie przeszło jakiś lifting redaktorski.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

czwartek, 10 września 2020

"Dom lalki" — nieprzekonująco

Tytuł:           Dom lalki (Nora)             
Tytuł oryginału: Et Dukkehjem                 
Autor:           Henryk Ibsen                 
Wydawnictwo:     Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok 1. wydania:  1879                         

Jakoś nie przekonała mnie ta sztuka. Z jednej strony, przeszkadzał mi rozziew między wielką miłością głównych bohaterów (to całe nazywanie żony wiewióreczką i skowronkiem, codzienne deklaracje płomiennych uczuć) a ich odległością od ideału. On jest apodyktyczny, uważa, że obowiązkiem męża jest niespełnianie kaprysów żony, zabrania jej jedzenia słodyczy (bez jakiegoś poważnego powodu — ani przeciwwskazań zdrowotnych, ani nadwagi), traktuje połowicę jak dziecko, domaga się, żeby była wesoła. Ona częściowo to dziecko udaje, tańczy i się śmieje, kiedy trzeba, ale ma swoje problemy, o których nie opowiada mężowi. A słodycze i tak je — po kryjomu. Dopiero w końcówce ten dysonans znika i ostatnie strony dobrze mi się czytało.

Z drugiej strony, główny problem wydaje mi się sztuczny. Wystarczyłoby nie traktować kobiet jak istot upośledzonych umysłowo. Gdyby żona mogła zaciągnąć pożyczkę bez zgody jakiegoś ważnego w swoim życiu mężczyzny, do niczego złego by nie doszło. Inna sprawa, że trudno pozwolić na branie kredytów komuś, kto praktycznie nie ma dochodów. Ale inne kobiety w przedstawionym społeczeństwie pracują, więc to nie powinna być przeszkoda nie do ominięcia.

Trudno mi było kibicować któremuś bohaterowi — ani zadufany on nie wzbudził sympatii, ani udająca i raczej beztroska ona nie nadaje się na świetlaną postać. I co oni w sobie nawzajem widzieli? To pytanie mnie dręczyło najbardziej.

Długaśne sceny nie ułatwiały czytania. Trzy akty (każdy rozgrywa się innego dnia), trzy sceny. Brakowało mi naturalnych miejsc do przerwania lektury, więc kiedy musiałam odłożyć książkę, doczekiwałam do końca strony, nawet jeśli wypadał w połowie dialogu. No, czasami trzeba. Ten układ wzmagał poczucie znużenia.

Nie zauważyłam żadnych wpadek językowych.

czwartek, 28 maja 2020

"Hrabia Monte Christo" — od zera do mściciela

Tytuł:           Hrabia Monte Christo    
Tytuł oryginału: Le Comte de Monte-Cristo
Autor:           Aleksander Dumas        
Tom:             1                       
Wydawnictwo:     Iskry                   
Rok 1. wydania:  1844                    

Chyba najbardziej znana powieść Aleksandra Dumasa (ojca). Można długo wymieniać, o czym mówi: o sprawiedliwości, o zemście, o roli przypadku w życiu, o szczęściu, o przemianie bohatera... A poza tym po prostu dobrze się czyta, bo to niezła przygodówka.

Pierwszy tom zawiera bardzo dużo treści: Edmund został uwięziony (za przyczyną podłości ludzkiej i strasznego pecha), pod wpływem współwięźnia przeszedł dogłębną metamorfozę, potem jeszcze wzmocnił jej efekt pieniędzmi (to ciekawe, że na obcych ludziach zmiana grubości portfela robi większe wrażenie niż wykształcenie przymiotów duchowych). Zdążył nawet popełnić kilka dobrych uczynków. Na dwa następne tomy została już tylko zemsta.

Trudno nie kibicować głównemu bohaterowi, któremu na początku odebrano wszystko oprócz życia. Owszem, wiele później odzyskał, ale nie wszystko da się zastąpić czymś nowym, nawet droższym. No i blizna nigdy nie będzie równie naturalną i sprawną częścią ciała co nietknięta skóra.

Trochę trudno mi uwierzyć w tak głęboką przemianę bohatera. Za dużo tego dobrego. Już na starcie był całkiem przyzwoitym młodzieńcem, a potem już miał niemal wszystkie zalety ustawione na maksa. Od współwiężnia-omnibusa nauczył się wszystkiego, co mógł (w to, że ksiądz Faria kilkakrotnie przeczytał swoje pięć tysięcy książek, też nie wierzę — sama dość dużo czytam, ale gdzie mi do takiego rezultatu). Do tego zna wszystkie języki basenu Morza Śródziemnego, jest oczytany, uprzejmy, taktowny, potrafi się przebierać i odgrywać rozmaite role...

Wieloletni pobyt w więzieniu z nieodzownym podłym żarciem nie podkopał jego sił. Wprost przeciwnie — Edmund wychodzi stamtąd wzmocniony. Nie wiadomo kiedy, ale zdążył jeszcze dokładnie poznać kultury wschodnie, nawiązać całą sieć przydatnych znajomości (jest w doskonałych stosunkach z każdym od przemytnika do arystokraty).

Pod względem językowym dobrze, ale przeszkadzało mi pisanie liczb cyframi, nawet w dialogach. Hmmm, może kiedyś tak mówiły reguły...