Tytuł: Sklepik z marzeniami
Tytuł oryginału: Needful Things
Autor: Stephen King
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Rok 1. wydania: 1991
Jak zwykle u Kinga, akcja rozgrywa się w małym amerykańskim miasteczku. Ludzie żyją sobie mniej lub bardziej szczęśliwie, dopóki nie nadciągnie straszne ZUO.
Przede wszystkim rzuca się w oczy dopracowanie szczegółów: jeśli jakiś chłopak kolekcjonuje karty z baseballistami, to dowiadujemy się, której konkretnie mu brakuje — z którego roku, z kim i w jakiej drużynie ów facet wtedy grał, co robił, co czyniło go wyjątkowym... I tak z bardzo wieloma sprawami.
Detale, jak sądzę, pozwalają Autorowi świetnie nakreślić sylwetki bohaterów. Dowiadujemy się o nich naprawdę wiele, aż przestają być nam obojętni. Kibicujemy tym pokrzywdzonym przez los i cierpiącym z godnością, źle życzymy różnej maści sukinkotom. A to sprawia, że książka sama się czyta, bez przerwy ciekawi nas, co będzie dalej, kto przeżyje...
Mam jednak wrażenie, że postaci zrobiło się trochę za dużo — często musiałam się chwilę zastanawiać, zanim przypomniałam sobie, kim właściwie jest Hugh czy inna Mira... Jednak trzeba przyznać, że zazwyczaj szybko trafiałam na jakieś określenie, które mi w tym pomagało. Ale z drugiej strony — ta wielość pozwala na dowolne komplikowanie intrygi, na pokazywanie relacji międzyludzkich, na zabawę w domino i eskalacje konfliktów.
Książka a sprawa polska. Nieco bolało mnie, że najbardziej szalona i antypatyczna kobieta w miasteczku jest Polką. A tak przynajmniej twierdzi narrator. Ja pozwolę sobie zachować wątpliwości: Wilma nie przypomina mi polskiego imienia. No i fragment ze strony 272: "Lecz w naturze Wilmy było coś z polskiego Kozaka". Taaak... Może jednak King z kimś nas myli...
Również niespecjalnie podobało mi się wykorzystywanie sił nadprzyrodzonych i cudów w końcówce. Wolałam, kiedy (przez większość powieści) sprawa opierała się na psychologii i po prostu ludzie dawali sobą manipulować i sami sobie z zapałem kopali groby.
Język powieści ma niejako dwie warstwy: oryginalną i tłumaczenie. Zdarzały się zdania perełki, z ciekawymi porównaniami. Przeszkadzało mi jednak nadużywanie słowa "król" na określenie Elvisa Presleya. Jeśli na okładce jak byk stoi "King", to chyba nie bardzo wypada tak tym władcą rzucać na prawo i lewo. Język przekładu już mi nie przypadł do gustu: sporo niezgrabnych powtórzeń, czasem jakieś zagubione słowo, w jednym miejscu "październik" zastąpiony "listopadem"...