wtorek, 31 stycznia 2017

"Mitologia ludów tureckich" — mity z Syberii

Tytuł:          Mitologia ludów tureckich     
Autor:          Małgorzata Łabęcka-Koecherowa 
Wydawnictwo:    Wydawnictwo Akademickie Dialog
Rok 1. wydania: 1998                          

Zawartość nieco mnie zaskoczyła — spodziewałam się mitów z regionu obecnej Turcji, może czegoś podobnego do perskich lub arabskich baśni, może nutki mezopotamskiej. A tu opowieści licznych ludów wędrujących po południowej Syberii. Ale nie narzekam. Nigdy nie byłam dobra z geografii.

Mity ciekawe, raczej różne od tych, które znałam dotychczas, więc egzotyczne. Zawierają sporo oryginalnych elementów (oprócz tych obowiązkowych w każdym systemie — herosi silni, dzielni i odważni, traktowanie kobiet jak czegoś pomiędzy ładnymi sprzętami a pożytecznymi zwierzętami itp.), więc mi się podobały. Niektóre mogą zainspirować.

Książka nieco sprawia wrażenie fragmentarycznej — badanych ludów mnóstwo, kartek niedużo — pełen przegląd głównych mitów nie mógł się zmieścić. A może i nie wszystko wiemy i nawet nie było z czego wybierać... Momentami wydawało mi się również, że przekaz jest nieco zbyt suchy.

Książkę urozmaicają ilustracje, niektóre kolorowe (nieliczne). Na reprodukcjach jednak niewiele widać — a wschodnie ludy mają tendencję do zamieszczania mnóstwa drobnych szczególików w sztuce — rysunki są bardziej czytelne.

Do języka nie mam większych uwag — precyzyjny i poprawny. Tylko w jednym miejscu znalazłam "Żuan-żuanów" i "Żoużanów". Podejrzewam, że to jedno i to samo, ale pewności nie mam.

piątek, 27 stycznia 2017

"Smoczy tron" — bez polotu

Tytuł:           Smoczy tron         
Tytuł oryginału: The Dragonbone Chair
Autor:           Tad Williams        
Wydawnictwo:     Rebis               
Rok 1. wydania:  1988                

Fantasy, dość sztampowe. Pierwszy tom trylogii "Pamięć, Smutek i Cierń". Wpisu o dwóch następnych raczej nie należy się spodziewać.

Świat aż nieprzyjemnie podobny do naszego — religia, w której syn boży nie został ukrzyżowany, lecz powieszony do góry nogami na drzewie, stosunkowo niedawno zastąpiła politeizm. Dwanaście miesięcy o nazwach łudząco podobnych do angielskich. Siedem dni tygodnia o nazwach łudząco podobnych do angielskich. Świat urozmaicają różne humanoidalne rasy, z których najlepiej poznajemy Sithów (odpowiednik klasycznych elfów) i trolle (przypominające niziołki). Tak, jedna rasa jest pisana dużą literą, a druga małą.

Mimo zestawu warunków koniecznych dla młodocianego bohatera — odważne dziecko o szlachetnym sercu, wcześnie osierocone, niedoceniane przez nikogo za wyjątkiem przemądrego opiekuna — nie mogłam wykrzesać z siebie cieplejszych uczuć do Simona. Jakoś nie przepadam za bęcwałami, więc czternastolatek zbyt głupi, aby zrobić zakupy na targu, mnie nie uwiódł. No i co to za chłopak, który nie potrafi wejść na drzewo, żeby sobie ubrania nie podrzeć? Fajtłapa jakaś. Przez całą książkę protagonista nie tyle dąży do jakiegoś celu, co pozwala się popychać ludziom i wydarzeniom w różne strony.

Zwroty fabuły niekiedy tak przewidywalne, że aż miałam ochotę przerzucić parę kartek, kiedy już to nieuniknione się zdarzy i poszukać czegoś mniej oczywistego. Zdarzały się zaskoczenia, ale rzadko.

Zakończenie — jak na mój gust — zbyt otwarte. Praktycznie żaden wątek nie zostaje domknięty, dowiadujemy się tylko, kto przeżył, aby wystąpić w drugim tomie. Nie lubię takich zagrań. Jeśli daje się czytelnikowi książkę do ręki, to niech to będzie gotowy towar, a nie zajawka następnej części.

Okładka — standardzik dla młodych chłopców: mięśniak wymachujący wielkim mieczem, którego pochwa ani chybi wiecznie wlecze się po ziemi (a może i nie — drugi miecz ma przy pasie, może ten większy nosi luzem) i roznegliżowana dziewoja. Co ciekawe, w treści półgołej wojowniczki jakoś nie zauważyłam. Ale może to po prostu długowłosy elf.

Z błędów najbardziej rozbawił mnie "las o powierzchni nie większej niż sto jardów". Niecałe dziesięć na dziesięć metrów (wydaje mi się, że korona sporego drzewa może rzucać cień o większej powierzchni. W południe). Co ciekawe, kilka osób łazi po tej "puszczy" chyba przez pół dnia. Nawet polana tam się zmieściła! Oprócz tego zaskoczyły mnie pochodnie z sitowia. Toż to się powinno palić jak słoma! Czyli taka pochodnia dawałaby kilka minut światła. Ale nie znam się, nigdy sobie pochodnią nie przyświecałam. I ciekawostka astronomiczna — księżyc na północnej części nieba. A nic nie wskazuje na to, że akcja dzieje się na południowej półkuli. Wprost przeciwnie — im dalej na północ, tym zimniej.

Język — jest spory potencjał do poprawy. Interpunkcja kuleje, trafiają się literówki, powtórzenia, dziwne sformułowania (na przykład perliste kolory), ludzie jadący wierzchem notorycznie szarpią za lejce zamiast za wodze...

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Duch nie spadł z nieba" — ewolucja mózgu

Tytuł:           Duch nie spadł z nieba         
Tytuł oryginału: Der Geist fiel nicht vom Himmel
Autor:           Hoimar von Ditfurth            
Wydawnictwo:     Państwowy Instytut Wydawniczy  
Rok 1. wydania:  1976                           

Książka mnie zaskoczyła i to pod wieloma względami. Nie miałam pojęcia, że seria "+/- nieskończoność" jest taka stara. Ani że pozycje niekiedy zawierają wkładki z kolorowymi rysunkami. Na pewno przez minione dekady stan wiedzy się zmienił i teraz dałoby się napisać na temat ewolucji mózgu znacznie grubszą książkę, bardziej drobiazgową. Ale czasu poświęconego na lekturę nie uważam za stracony.

Mimo szacownego jak na pozycję popularnonaukową wieku, czytało się przyjemnie i wielu rzeczy się dowiedziałam. A może właśnie dlatego. Autor przystępnie wyjaśnia proces kształtowania naszych mózgów podczas ewolucji. Zaczyna od początku — od pierwszej, hipotetycznej komórki, która odgrodziła się ścianą od środowiska, tworząc "ja". Ditfurth opisuje doświadczenia, które pozwoliły na wysnucie wniosków, wspomina o budowie mózgu, zahacza o zmysły... Wszystko krok po kroku, szczebel po szczeblu na drabinie ewolucji.

Fakt, obecnie na wiele spraw patrzy się inaczej, Homo sapiens chyba utracił tytuł "korony stworzenia", coraz więcej zwierząt uznajemy za wcale nie takie głupie, trzeba było podzielić się narzędziami z innymi gatunkami. Niektórych eksperymentów być może już nie dałoby się przeprowadzić, bo są zbyt okrutne. Ale w latach siedemdziesiątych...

Zrozumienie wywodów ułatwiają ilustracje, niekiedy nawet kolorowe (acz z nazwami tych kolorów w podpisach, to ja — kobieta — polemizowałabym ;-) ), czarno-białe reprodukcje zdjęć, rysunki.

Język zrozumiały. Jednak można pisać o biologii bez epatowania nazwami pochodzącymi z obcych języków, ale i bez unikania co trudniejszych wyrazów. Po prostu jasno, nie żałując przypisów, tak, aby odbiorca wszystko pojął. Błędów językowych nie zauważyłam.

czwartek, 19 stycznia 2017

"Nienachalna z urody" — zbiór felietoników

Tytuł:          Nienachalna z urody
Autor:          Maria Czubaszek    
Wydawnictwo:    Prószyński i S-ka  
Rok 1. wydania: 2016               

Zbiór kilkudziesięciu (a może i ponad stu) króciutkich (niekiedy nawet na mniej niż pół strony) felietoników, z grubsza pogrupowanych tematycznie. Mam wrażenie, że powstawały w różnych latach — niektóre chyba nawet w siedemdziesiątych, inne wspominają o "dobrej zmianie", więc świeżutkie.

Na skutek tego rozciągnięcia procesu pisania na dekady, wiele informacji się powtarza; tytułowa uroda, że Karolak przywoził mnóstwo pamiątek z wojaży, że Autorka nie lubi dzieci, że lubi Andrusa... Nie wiem, czy tekstów celebrytów nie wypada redagować, czy też nie wolno z nich nic wykreślać, ale irytowało mnie to niepotrzebne powielanie wątków.

Tematyka różnorodna: trochę życia prywatnego, trochę służbowego, trochę znanych nazwisk, trochę satyry, odrobina polityki...

Książka pozwala lepiej poznać Czubaszek, dowiedzieć się paru rzeczy, których nie widać na ekranie. Czyta się bardzo szybko.

Pewne urozmaicenie stanowią fotografie oraz reprodukcje starych maszynopisów satyryczki. Wprawdzie teksty są niezbyt wygodne w odbiorze, bo czcionka maszyny do pisania, nieco rozmazana, po pomniejszeniu wygląda nieczytelnie (inna sprawa to usterki, jakich pełno w każdym tekście przed korektą), ale interesujące, pozwalają wychwycić styl Autorki. Odnoszę wrażenie, że wiele dialogów wygłaszanych przez Kwiatkowską wyszło spod pióra Marii Czubaszek. A może to ona dostosowywała się do manier pani Ireny.

Językowo (pomijając te maszynopisy) całkiem nieźle. Ech, kiedyś ludzie umieli pisać i zwracali uwagę, jak to robią i jak to się powinno robić...

niedziela, 15 stycznia 2017

"Cudowne i pożyteczne" — królestwo freudyzmu

Tytuł:           Cudowne i pożyteczne   
Tytuł oryginału: The Uses of Enchantment
Autor:           Bruno Bettelheim       
Wydawnictwo:     Wydawnictwo W.A.B.     
Rok 1. wydania:  1977                   

Podtytuł: "O znaczeniach i wartościach baśni" coś mówi o treści, ale jeszcze nie wszystko. Książka poświęcona jest rozważaniom nad najbardziej znanymi w Europie baśniami z punktu widzenia psychoanalizy. Dość znana pozycja, może nawet klasyka gatunku, do której często odwołują się inne publikacje. Zatem i ja zajrzałam.

Bettelheim był psychoanalitykiem, psychologiem, pediatrą i pedagogiem, więc wiedział, o czym pisze. Wręcz trudno wyobrazić sobie lepsze kwalifikacje do stworzenia takiej pracy.

Niektóre informacje bardzo ciekawe, pozwalają inaczej spojrzeć na historyjki opowiadane dzieciom. Niestety, wszystko oblane jest gęstym i przestygłym sosem freudyzmu. A ja nie znoszę Freuda. Uważam, że jako człowiek był kawałem drania, a jako ekhm! naukowiec często zapominał o naukowych metodach badawczych, falsyfikowalności hipotez i podobnych drobiazgach. Z wieloma jego tezami się nie zgadzam. Bardzo szybko zaczęły mi więc przeszkadzać "fazy edypalne" (rzadziej oralne) wciskane na siłę do każdej baśni i widzenie fallusa w każdym drzewie.

Irytowało mnie również niekonsekwentne traktowanie dzieci. W zależności od potrzeb, od udowadnianej akurat tezy, kilkuletnie bęcwałki nie rozumieją potwornych wymagań stawianych przez miłych dotychczas rodziców albo młodzi geniusze bez trudu domyślają się — przedświadomie — że trzy krople krwi uronione przez matkę Śnieżki symbolizują seks, a ściślej: menstruację, deflorację i poród. A ja, głupia, musiałam przeczytać książkę, żeby sobie tę oczywistość uświadomić.

Albo inny przykład, z analizy "Czerwonego Kapturka", s. 279:
Myśliwy wydobywa Czerwoną Czapeczkę z brzucha wilka w sposób, który przypomina zabieg cesarskiego cięcia; budzi to skojarzenia z brzemiennością i wydawaniem dzieci na świat. Tym samym w nieświadomości dziecka pojawia się pytanie krążące wokół zagadki aktu seksualnego. W jaki sposób płód dostaje się do łona matki? — zastanawia się dziecko. I dochodzi do wniosku, że dzieje się to przez połknięcie czegoś, jak w przypadku wilka.
Jasne... Ręka do góry, kto przy scenie z ratowaniem babci i wnuczki myślał o cesarce? Zwłaszcza jako niewinne dziecię... Owszem, dziecko może dojść do wniosku, że mama ma braciszka w brzuszku, bo go zjadła, ale wydaje mi się, że i bez baśni tak pomyśli. Za to nie przemknie brzdącowi przez głowę "zagadka aktu seksualnego".

Ogromny wpływ na całokształt książki wywarła tłumaczka, Danuta Danek. Nie tylko przełożyła treść, ale również opatrzyła ją przypisami, dołożyła dziesięć stron wprowadzenia i czterdzieści posłowia. Nieco za dużo tego. Owszem, informację, że w języku niemieckim słynne "id, ego i superego" brzmią całkiem inaczej, prościej (a polskie odpowiedniki wzięły się raczej z angielskich tłumaczeń niż z oryginałów), uważam za ciekawą. Ale życiorys Bettelheima i przegląd innych jego prac można już było sobie odpuścić.

Język lekko archaiczny. Byłam zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że książka została wydana po raz pierwszy w 1977, a zatem prawdopodobnie powstała niewiele wcześniej. Styl nasuwał mi skojarzenia z początkiem XX wieku. Ale może to kwestia tłumaczenia. Albo moje antyfreudowskie skrzywienie.

Ogólnie, uważam, że warto przeczytać — można się dowiedzieć wielu interesujących rzeczy — ale koniecznie trzeba to robić z krytycznym nastawieniem.