poniedziałek, 18 lipca 2016

"Litr ciekłego ołowiu" — powrót do przeszłości

Tytuł:          Litr ciekłego ołowiu
Autor:          Andrzej Pilipiuk    
Wydawnictwo:    Fabryka Słów        
Rok 1. wydania: 2016                

Zbiór ośmiu opowiadań. W połowie z nich głównym bohaterem jest Robert Storm — "historyczny" detektyw, z zapałem poszukujący antyków i rozwiązujący zagadki związane z przeszłością. Ciekawi mnie, ile w tej postaci wątków autobiograficznych. W ostatnim opowiadaniu pojawia się doktor Paweł Skórzewski. Obaj panowie znani już z innych książek.

Motywem przewodnim historyjek jest przeszłość — opowiadania a to rozgrywają się kiedyś tam, a to Storm głowi się nad zagadkami z mniej lub bardziej zamierzchłych epok... Acz jest i wyjątek — w jednym tekście mamy postapokalipsę, ale i w tym wypadku bohaterowie starają się wrócić do starych wzorców i tytułów.

Tajemnice do rozgryzienia niekiedy ciekawe, niekiedy z mocno już oklepanymi rozwiązaniami. Przy jednym opowiadaniu nie mogłam się pozbyć wrażenia, że już kiedyś coś takiego czytałam.

Nie spodobał mi się zauważony błąd merytoryczny. W którymś momencie poszukiwacz antyków mówi do swojego współpracownika:
— Spałeś na lekcjach fizyki. Nie ma metali lżejszych od wody.
Najwyraźniej bohater hiperaktywność na fizyce odsypiał podczas lekcji chemii (a i "Lalki" nie przeczytał), bo takie metale istnieją. Choć nie polecałabym sprawdzania, czy faktycznie są lżejsze, metodą wrzucania do szklanki z wodą... Jak już się wykreowało postać omnibusa, to trzeba uważać, żeby głupot nie wygadywał.

Język książki w porządku, choć, jak często zdarza się u tego Autora, momentami miałam wrażenie, że bohaterowie (szczególnie młodzi, jak na przykład pewna harcerka) posługują się zbyt formalnymi zwrotami. Ale kwiatek wśród zachęcaczy na okładce mnie nieco zmroził; "nie poraz pierwszy"? Naprawdę? Trochę wstyd...

czwartek, 14 lipca 2016

"Teleogłupianie" — włos się jeży

Tytuł:           Teleogłupianie         
Tytuł oryginału: TV Lobotomie           
Autor:           Michel Desmurget       
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Czarna Owca
Rok 1. wydania:  2012                   

Bardzo ciekawa książka, dająca wiele do myślenia. To chyba oczywiste, że wolę czytanie od oglądania telewizji? Zwłaszcza, że program tej drugiej od lat wydaje się pikować i coraz trudniej znaleźć coś ciekawego. Od dawna wierzyłam, że lektura może dostarczać bogatszych wrażeń niż bierne siedzenie w fotelu przed hipnotyzującą skrzynką, że bardziej rozwija, że jest zdrowsza... Ale nie myślałam, że aż tak. Tytuł brzmi dość ostro, lecz oryginał jest jeszcze bardziej drastyczny. I bardziej mi się podoba. :-)

Autor — neurobiolog — bezlitośnie punktuje spustoszenia, jakich wielogodzinny kontakt z TV dokonuje w organizmach, szczególnie młodych. Podaje, o ile procent wzrasta prawdopodobieństwo tych czy innych konsekwencji wraz z każdą godziną dziennie poświęcaną telewizorowi.

A skutki są różnorodne. Od zahamowania rozwoju intelektualnego (wraz z pogorszeniem wyników w nauce oraz ograniczeniem słownictwa i zdolności językowych), przez zdrowotne (mniej ruchu, więcej nieodpowiedniego jedzenia, wpływ lokowania i reklam papierosów i alkoholu, wcześniejsza inicjacja seksualna z niechcianymi ciążami włącznie, mniej snu), aż do skutecznego propagowania przemocy.

Podziw budzi staranne przygotowanie — dość wspomnieć, że bibliografia liczy sobie niemal tysiąc dwieście pozycji. Odnoszę jednak wrażenie, że przekaz byłby jeszcze mocniejszy, gdyby Desmurget nie podchodził do problemu tak emocjonalnie. Wolę, kiedy literatura (popularno)naukowa jest bardziej wyważona. No i widać, że książka powstała z myślą o odbiorcy z ojczyzny Autora. Mechanizmy działania pewnie będą te same (ba, często oglądamy identyczne filmy i reklamy), ale mnie nazwy stacji francuskich tudzież instytucji dbających o dobro konsumentów niewiele mówią.

Język książki jest dość bogaty, acz nie nadmiernie udziwniony. Wiele różnych słów, lecz niekoniecznie zaczerpniętych z naukowego żargonu. Tylko w jednym miejscu (s. 167) "chodź" pomieszało się z "choć".

Polecam. Zamiast tego durnego teleturnieju wieczorem.

niedziela, 10 lipca 2016

"Czarne bataliony" — zbiór opowiadań

Tytuł:          Czarne bataliony
Autor:          Piotr Gociek    
Wydawnictwo:    Fabryka Słów    
Rok 1. wydania: 201           

To druga książką tego Autora, którą czytałam. Poprzednia — "Demokrator" — bardzo mi się spodobała. Piękny przykład dość ostrej satyry politycznej na Rosję. Miałam nadzieję na powtórkę z rozrywki, a tu niestety — zamiast powieści dostałam zbiór opowiadań. Nadmienię, że w księgarni "zbiorowatość" nie rzucała się w oczy, bo wszystkie egzemplarze zostały zafoliowane. Słowo "opowiadanie" miałam szanse zaobserwować jedynie w blurpie (a tych ze wszystkich sił staram się nie czytać). Nieładnie. Sierp wycięty na okładce dodatkowo mnie zmylił.

W skład książki wchodzi dziewięć nie powiązanych tematycznie opowiadań (acz akcje przeważnie rozgrywają się w naszym rejonie Europy). Większość ma niewiele wspólnego z Rosją, choć polityka dominuje, a i motyw totalitaryzmu przewija się dość często po kartach. Teksty utrzymane w bardzo różnych nastrojach. Na dwadzieścia stron i kilkakrotnie dłuższe. Siłą rzeczy, bohaterowie niektórych opowiastek wyszli bardziej wyraziści niż protagoniści pozostałych. Wszystko razem sprawia wrażenie nierówności.

Najbardziej spodobały mi się opowiadania z chyba największą dawką humoru — "Janek Poranek i jego goście" oraz "Dzień oligarchy". W tym pierwszym duży plus za liczne nawiązania do literatury fantastycznej (w tym do czytanej stosunkowo niedawno "Rzeźni numer pięć"). Cenię również "Chłopca z plakatem" za bardzo oryginalny pomysł. Pozostałe teksty nie zostaną mi na długo w pamięci. Niektóre okazały się zbyt ponure, abym chciała je tam dłużej zachować.

Pod względem językowym w porządku — nie zauważyłam istotnych kiksów.

środa, 6 lipca 2016

"Zatrute pióro" — pierwszoosobowa narracja

Tytuł:             The Moving Finger      
Tytuł tłumaczenia: Zatrute pióro          
Autor:             Agatha Christie        
Wydawnictwo:       HarperCollinsPublishers
Rok 1. wydania:    1942                   

Książka nietypowa dla Królowej Kryminału, bo z narracją pierwszoosobową, prowadzoną przez młodego lotnika. Bohater wyjeżdża na rekonwalescencję do spokojnego, małego miasteczka. Rzadko spotykane jest również to, że trup pojawia się dość późno. Dalej wiadomo — niewielką społeczność odwiedza wszystkowiedząca i skromna panna Marple. 

Mamy jeszcze wątki romansowe. Nie, nie z przemiłą staruszką w roli głównej. Chociaż i tutaj Jane wpływa w jakiś sposób na wydarzenia.

Tym razem podejrzanych mnóstwo, to nie klasyczne morderstwo z wąską grupką ludzi, która miała dostęp do pomieszczenia i nieboszczyka. Spodobała mi się oryginalna, jak sądzę, intryga poprzedzająca znalezienie zwłok. Nie kojarzę analogicznego przypadku w literaturze.

Kartki przewraca się szybko, czytelnik ma ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej. Lekturę uprzyjemniają, niekiedy bardzo przemyślane, komentarze narratora. Szczególnie przypadł mi do gustu następujący:
Większość naszych wielkich wynalazków i genialnych osiągnięć zawdzięczamy lenistwu, czy to narzuconemu, czy dobrowolnemu.

Jeśli miałabym się czegoś czepiać to tłumaczenia tytułu. Znowu (podobnie było przy Strzałach w Stonygates) wydaje mi się, że oryginalny lepiej oddaje nastrój powieści, że Autorka chciała nim przekazać coś, co zostało zagubione w przekładzie. Dla mnie w oryginale motyw palca pokazującego coraz to inne rzeczy miał spore znacznie.

sobota, 2 lipca 2016

"Wodny nóż" — przemyślana apokalipsa

Tytuł:           Wodny nóż       
Tytuł oryginału: The Water Knife 
Autor:           Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo:     MAG             
Rok 1. wydania:  2015            

Kolejny koniec świata rozgrywający się w Stanach Zjednoczonych, ale w odróżnieniu od "Gwiazdozbioru psa" doskonale przemyślany. Od powodów apokalipsy (dość prawdopodobne, niestety), przez wynalazki, literaturę i specyficzne słowa, do nowo powstałych religii.

Bacigalupi kreuje i opisuje paskudny świat (i bardziej mam na myśli to, co wyrabia człowiek niż wybryki natury), w którym nikt nie chciałby mieszkać, a dotknięci tym nieszczęściem ludzie starają się za wszelką cenę wydostać z zastanego piekła.

Kilkadziesiąt krótkich, na ogół kilkustronicowych rozdziałów. Scenki w nich przedstawione stopniowo splatają się w ciekawą fabułę, powiązania między postaciami komplikują się.

Sami bohaterowie niejednoznaczni (ci odgrywający ważniejsze role, z drugoplanowymi różnie bywa, wielu zarysowanych bardzo czarną kreską), uroczo urozmaiceni — pod względem płci, wieku, pozycji społecznej... Na pewno nie są płascy — mają swoje marzenia, plany, niekiedy rodziny.

Fabuła od pewnego momentu mocno mnie wciągnęła, z ciekawością czytałam, aby poznać zakończenia poszczególnych wątków, chociaż początkowo okrucieństwo opisywanego świata momentami mnie odrzucało.

Język poprawny, nie pamiętam żadnych rażących błędów. Słownictwo dość bogate, urozmaicone hiszpańskimi wstawkami. Taki region.

Kawał dobrej roboty.