poniedziałek, 30 kwietnia 2018

"W towarzystwie zwierząt" — o zwierzętach domowych

Tytuł:           W towarzystwie zwierząt      
Tytuł oryginału: In the Company of Animals    
Autor:           James Serpell                
Wydawnictwo:     Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok 1. wydania:  1986                         

Książka analizuje nietypowy stosunek między ludźmi a hodowanymi w domu pieszczoszkami. No bo dlaczego właściwie trzymamy psy i koty? Płacimy za karmę i weterynarza, sprzątamy, kiedy ulubieńcy nabrudzą, wyprowadzamy na spacer... Jaką potrzebę zaspokajamy? Jak to o nas świadczy i na co wpływa? Dlaczego najczęściej wybieramy akurat psy i koty, a nie na przykład papugi i chomiki?

Autor próbuje odpowiedzieć na te i inne pytania w dwunastu rozdziałach pogrupowanych w czterech częściach. Pierwsza zestawia los "pożytecznych" zwierząt hodowanych dla mięsa i skór oraz pieszczochów. Druga wylicza wady i koszty wynikające z trzymania w domu ulubieńców. Trzecia koncentruje się na korzyściach, jakie ludzie czerpią z tego związku. Ostatnia to próba syntezy.

Wywód jest prowadzony jasno, na ile można to osiągnąć przy rozległym, a mało wyeksploatowanym temacie — logicznie. Kolejna rzecz często wynika z poprzednich, na argumenty znajdują się kontrargumenty.

Niby większość informacji albo wydaje się oczywista, albo już mi się obiła o uszy, jednak czytałam z zainteresowaniem. Niekiedy trafiały się ciekawostki całkiem dla mnie nowe.

Na końcu książki zebrano przypisy, bez których czyta się tekst równie dobrze — jedynie odsyłają do innych autorów (sporadyczne uwagi i komentarze do tekstu znajdują się w przypisach dolnych). Tytuły cytowanych prac umieszczono w bibliografii.

Język zrozumiały, acz Serpell nie unika fachowych terminów. Nie zauważyłam usterek językowych.

czwartek, 26 kwietnia 2018

"Kroniki marsjańskie" — powieścio-zbiór

Tytuł:           Kroniki marsjańskie   
Tytuł oryginału: The Martian Chronicles
Autor:           Ray Bradbury          
Wydawnictwo:     Mediasat Poland       
Rok 1. wydania:  1950                  

Trudno mi zdecydować, czy to miał być zbiór opowiadań, czy powieść o kolonizacji Marsa. Z jednej strony — teksty są ułożone chronologicznie i bohaterowie wcześniejszych niekiedy występują w późniejszych. Albo wydarzenia z pierwszych części są wspominane w dalszych. Ale niektóre historyjki wydają się powiązane z całością wyłącznie tematycznie. A czasami opowiadania są wzajemnie sprzeczne — w bodajże drugim Marsjanie są o wiele mniejsi od Ziemian, w pozostałych już z grubsza równi wzrostem. Najpierw rdzenni mieszkańcy wszyscy wymierają, potem znowu się pojawiają. Ni to powieść, ni to różne wariacje na jeden temat...

To na pewno nie jest hard SF. Marsjanie często posługują się telepatią, chociaż jak na telepatów, to straszni z niektórych idioci do cna wyprani z empatii. Cóż, Ziemianie są jeszcze gorsi. Pierwsi astronauci zaraz po wylądowaniu łażą sobie beztrosko po powierzchni, bez żadnych skafandrów. Ciśnienie trochę niskie, ale da się oddychać. Po wymarciu/ wyjeździe niemal wszystkich na planecie, urządzenia nadal działają, prąd w gniazdkach i woda w kranach są. Jakby Autor wierzył, że dostarcza ich święty mikołaj. Socjologicznie również nie kupuję niektórych rozwiązań. Koloniści dowiadują się, że na Ziemi wybucha straszliwa i niszcząca wojna atomowa, więc czym prędzej tam wracają, zabierając nawet kobiety i dzieci... Coś takiego mógł wykombinować tylko ktoś, kto nigdy nie martwił się o rodzinę w pobliżu linii frontu.

Potraktowanie astronomii w książce domaga się odrębnego akapitu. Nie czepiam się Plutona — wtedy jeszcze był planetą. Pal licho kanały marsjańskie (chociaż już na początku XX wieku ustalono, że to tylko złudzenie). Ale nazwać Fobosa i Deimosa bliźniaczymi księżycami? A Bradbury upiera się przy tym określeniu — używa go co najmniej dwukrotnie. Galileusz już w XVII wieku obserwował księżyce Jowisza, potrafił je odróżniać. To chyba w połowie XX dało się ustalić, jak wyglądają satelity Marsa? Może nawet w jakiejś encyklopedii napisano, że one pozornie poruszają się w różnych kierunkach (dla obserwatora na powierzchni planety). Do tego Autor romantycznie uważa, że na obcej planecie widać obce gwiazdy.

Nie brakuje również innych błędów merytorycznych: Autor uznał mimozę za drzewo, umieścił na Marsie marmury, czyli skały powstałe najczęściej w wyniku przeobrażenia wapieni skał osadowych, zbudowanych ze szkieletów morskich żyjątek. No, ewidentnie Bradbury nie odrobił lekcji, pisząc tę książkę. Być może dlatego, że to jedna z pierwszych.

Ciekawe wnioski można wysnuć z socjologicznego, amerykańskiego tła. Przebija obawa przed wojną i bombami atomowymi. Widać ślady przedwojennego modelu rodziny, w którym mąż zarabia, a żona opiekuje się domem. Jedna z opowieści pokazuje rasizm w pełnym rozkwicie obraźliwe określenia, pogardliwy stosunek do Murzynów, aluzje do białych bawiących się w Ku Klux Klan, o czym wiedzą wszyscy w miasteczku... Niby wtedy w USA już nie było niewolnictwa, ale można odnieść wrażenie, że dopiero od tygodnia i jeszcze nikt się do tego nie przyzwyczaił.

Pod względem językowym też nie jest dobrze. Interpunkcja szwankuje, zdarzają się literówki... Rekordy bije paskudny błąd ortograficzny na stronie 136.

niedziela, 22 kwietnia 2018

"Historia Izraela" — biblijnie

Tytuł:           Historia Izraela       
Tytuł oryginału: A History of Israel    
Autor:           John Bright            
Wydawnictwo:     Instytut Wydawniczy PAX
Rok 1. wydania:  1959                   

Wbrew tytułowi — to nie jest książka o narodzie, tylko o księdze. Wszystko bardzo mocno koncentruje się na Starym Testamencie, na ludziach i wydarzeniach tam opisanych. W przedmowie Autor wyraża nadzieję, że praca będzie pożyteczna dla osób poważnie traktujących poznawanie Biblii. Szkoda, że w tytule tego nie uwzględnił. Pierwsze wydanie powstało w 1959, ale ja czytałam tłumaczenie trzeciego, z roku 1981.

Książka pomija takie aspekty historii narodu jak gospodarka, literatura i sztuka, struktura społeczna, zabytki, które dotrwały do naszych czasów... Z drobnymi wyjątkami: wspomina o polityce fiskalnej i zagranicznej króla Salomona. Z literatury przysłowia (też Salomona) i psalmy załapały się na wzmiankę, acz bez podawania przykładów. Koncentruje się na rozwijaniu tematów poruszanych w Starym Testamencie — wędrówkach, starciach i przymierzach z sąsiadującymi krajami i plemionami, nieustannym buntach przeciwko prawom Jahwe... Prorokom poświęcono znacznie więcej miejsca niż kulturze. O tym, że Izraelici hodowali woły, dowiedziałam się po opisie, jak to jeden z proroków założył sobie na szyję jarzmo.

Tekst wręcz usiany jest odwołaniami do Biblii. Zapewne należy trzymać ją pod ręką i na bieżąco sprawdzać, jak to wyglądało w cytowanej księdze. Pozostałe źródła fakt, raczej współczesne opracowania zostały zepchnięte do przypisów (licznych). No, jeszcze od czasu do czasu znajdzie się wzmianka o jakiejś steli. Rozumiem, że Biblia jest bardzo ważnym źródłem wiedzy, ale długo zdawało mi się, że jedynym, jakie dotrwało do naszych czasów, i którym posiłkował się Bright.

Właściwie dopiero mniej więcej w połowie zaczęłam mieć wrażenie, że coś z tej lektury wynoszę. Nie tyle nową wiedzę, co pewne uporządkowanie starej. Na końcu znajdują się mapki tras Abrahama, ucieczki z Egiptu, Izraela i Judy itp. Można tam również znaleźć tablice chronologiczne (nawet interesujące — zestawiające równoległe wydarzenia w najważniejszych państwach w rejonie), indeks autorów, indeks miejsc biblijnych i pozabiblijnych (w podziale na poszczególne księgi, z podaniem wersu, ale już nie nazwy miejscowości. Te pozabiblijne to apokryfy itp.) oraz indeks osób, nazw geograficznych i etnicznych oraz haseł rzeczowych.

Mimo wszystko nie czułam, że ta książka jest adresowana do mnie. Raczej do teologów. Pozostali mogą zamknąć dzieło z przeświadczeniem, że starożytni Żydzi nie uprawiali ziemi, nie paśli stad, nie zajmowali się rzemiosłem, tylko wyznawali jakąś religię (tę jedynie słuszną lub pogańską), prorokowali, rządzili lub wchodzili w zatargi z sąsiadami.

Dopracowanie wydania mogło być lepsze. W tekście znalazły się usterki interpunkcyjne i powtórzenia. I nie mam tu na myśli powtórzeń wynikających z jasności przekazu naukowego, tylko brzydkie używanie dwóch podobnych słów niedaleko siebie. Literówki... Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. To wygląda, jakby przy składaniu niektóre grupy liter wypadły i zostały wetknięte z powrotem na chybił trafił. Na stronie 108 dotknęło to nawet tytułu podrozdziału, który brzmi: "AZJA ZACHODNIed narodze EPOCE BRĄZU. IMPERIUM EGIPSKIE".

środa, 18 kwietnia 2018

"Wyspa Pascalego" — raport

Tytuł:           Wyspa Pascalego  
Tytuł oryginału: Pascali's Island 
Autor:           Barry Unsworth   
Wydawnictwo:     Prószyński i S-ka
Rok 1. wydania:  1980             

Książkę wyróżnia forma — ma postać raportu pisanego przez szeregowego informatora do tureckiego sułtana. I ten raport okazał się dla mnie straszliwie nudny, szczególnie na początku. Szpieg rozwodzi się nad nieistotnymi pierdołami: jak wygląda morze w danej chwili, co bohater myśli, że inni ludzie o nim sądzą, czynności rybaka zarzucającego sieci... Nie kryje przy tym, że poprzednie doniesienia w części zostały wyssane z palca. Co kilka stron jojczy, że potrzebuje podwyżki (i na co — że nowe okulary, że ceny wzrosły...) albo że nie otrzymuje żadnej odpowiedzi na swoje listy. No, ja bym takiego informatora pogoniła do wszystkich diabłów.

Na szczęście książka jest krótka, a w drugiej połowie fabuła się rozkręca. Strach o własne życie (i pieniądze, nie zapominajmy o pieniądzach, Ekscelencjo) wypycha marudzenie. Akcja rozgrywa się w 1908 roku — w czasach niepokojów na Bałkanach, tuż przed detronizacją dostojnego adresata — na niewielkiej wyspie na Morzu Egejskim. Nie ma jednak wiele wspólnego z nowożytną historią. Głównym czynnikiem sprawczym jest angielski archeolog.

Bohaterowie dość porządnie zarysowani. Oczywiście, przez pryzmat tego wiecznie biadolącego informatora. Obserwacje na temat innych postaci ciekawe, każdy ma swoje cele, dążenia i tajemnice. Podobało mi się, że nikt nie jest wyłącznie dobry ani wyłącznie zły.

Fabuła niezbyt ciekawa, a nuda jest jeszcze uwypuklana przez formę raportu — narrator nie dosyć, że ciągle biadoli, to od czasu do czasu uprzedza fakty. Bo przecież trzeba powiadomić sułtana, o czym będzie czytał za kilka stron.

Za to pod względem językowym porządnie — nie pamiętam żadnych usterek. Może i coś było, ale zapewne złożyłam to na karb wad nieszczęsnego szpiega.

sobota, 14 kwietnia 2018

"Droga Cienia" — przygodówka

Tytuł:           Droga Cienia      
Tytuł oryginału: The Way of Shadows
Autor:           Brent Weeks       
Wydawnictwo:     MAG               
Rok 1. wydania:  2008              

Trudno mi orzec, do jakiego czytelnika skierowana jest powieść. Jeśli do młodzieży — za dużo w niej przemocy, jeśli do dorosłych — za dużo dzieciństwa protagonisty. Prawdopodobnie young adults. Motyw dziecka zabranego z ulicy przez mentora, a potem szkolonego na doskonałego wojownika nie jest specjalnie nowy w literaturze. No, gdyby to chociaż była dziewczynka, zawsze jakieś urozmaicenie.

Prawdziwa akcja zaczyna się, kiedy bohater podrośnie już na tyle, aby rozumieć bardziej złożone problemy. I żeby nieźle sobie radzić z zabijaniem. Dopiero wtedy pojawiają się intrygi polityczne, obce armie zagrażające krajowi, spiski na życie rodziny królewskiej... Innymi słowy, kłopoty postaci przestają być osobiste i przekształcają się w bardziej doniosłe.

Bohaterowie zróżnicowani i logiczni w swojej konstrukcji. Większość z nich jest zdecydowanie dobra lub zła, ale przynajmniej dwie centralne postacie pozostają interesująco niejednoznacznie. Autor stawia swoich bohaterów przed ciekawymi dylematami moralnymi.

Fabuła, szczególnie po dzieciństwie protagonisty, interesująca, pełna nieprzewidzianych zwrotów akcji i odkryć. Acz wątki romantyczno-erotyczne nadal trzymają się mocno. Gdzieś za połową książka naprawdę wciągnęła i trudno się było od niej odrywać. Ale niektóre rzeczy wydały mi się naciągane. Na przykład to, że dziewczynka uważana za córkę kobiety, która zmarła ponad dziesięć lat temu, zachowuje się jak przedszkolak — trzeba jej tłumaczyć podstawowe rzeczy i uspakajać, żeby nie płakała.

Świat niespecjalnie odbiega od standardów fantasy — kusze w roli najbardziej zaawansowanej technologicznie broni, czarownicy, magiczne artefakty. Jak często w literaturze amerykańskiej — jedyny Bóg pełni istotną funkcję. Ale przynajmniej ma konkurentów.

Język niezbyt staranny. Zdarzają się literówki, powtórzenia, brakujące przecinki... Rozbawiła mnie fraza ze s. 119: "cztery miesiące i sześć tygodni temu". Dlaczego nie pięć i pół miesiąca? Oraz fragmencik ze s. 372: "Cele dla arystokratów miały dziesięć stóp kwadratowych". Czyli niecały metr kwadratowy. A na tej powierzchni mieściła się ławka pełniąca rolę łóżka. Poza tym — kilka akapitów dalej do celi weszły trzy osoby (w tym jedna słusznego wzrostu) i nie musiały siedzieć sobie na kolanach.

Ogólnie — przyjemne czytadło nijak nie pretendujące do genialnego arcydzieła literatury światowej.