środa, 6 października 2021

"Płomień i krzyż" 1 — młodość inkwizytora

Tytuł:          Płomień i krzyż
Autor:          Jacek Piekara  
Tom:            1              
Wydawnictwo:    Fabryka Słów   
Rok 1. wydania: 2008           

Książka została wydana jako piąty tom w serii o Mordimerze Madderdinie, ale pod pewnym względem to początek cyklu. Powieść pozwala bowiem poznać późne dzieciństwo i wczesną młodość przyszłego inkwizytora. Pierwsze opowiadanie mówi o matce Mordimera (siłą rzeczy wspominając również o chłopaku), w pozostałych starszy (wiekiem, stażem i doświadczeniem) inkwizytor próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o wcześniejszych losach spotkanego przypadkiem młodzieńca.

Na swój sposób książka odstaje od wcześniejszych schematów, ale mimo wszystko zachowany został motyw śledztwa i odkrywania tajemnic. Także i starszy inkwizytor potrafi odwiedzać nie-świat (choć robi to inaczej niż Mordimer) i wykorzystuje tę umiejętność do rozwiązywania postawionych przed nim zadań.

Przy okazji można dowiedzieć się więcej o jednym z wydarzeń wspominanych we wcześniejszych częściach cyklu — buncie chłopskim. To właśnie wtedy, przy ognisku i dość makabrycznym posiłku spotykają się obaj główni bohaterowie.

Czyta się łatwo i przyjemnie (może oprócz licznych opisów tortur), może nawet lepiej niż książki opowiadające o późniejszych wyczynach Mordimera — ze względu na odejście od schematu i drobne zmiany w konstrukcji.

Na końcu książki znajdują się przypisy, w których Autor wyjaśnia, co zapożyczył z rzeczywistej historii, co faktycznie się wydarzyło w podobnych okolicznościach, dlaczego zdecydował się na takie rozwiązanie, a nie inne...

Z usterek językowych: zauważyłam brzydkie powtórzenie "udało jej się udać".

sobota, 2 października 2021

"Pokuta" — podwójne śledztwo

Tytuł:          Pokuta            
Autor:          Anna Kańtoch      
Wydawnictwo:    Wydawnictwo Czarne
Rok 1. wydania: 2019              

Kryminał zaczyna się nietypowo — w nocy na komendę zgłasza się starszy człowiek i przyznaje do popełnionego niedawno morderstwa. Niby pięknie, ale milicja (akcja rozgrywa się w czasach PRL) już ma w areszcie swojego kandydata na zabójcę. Co ciekawe, on też się przyznał. A starszy pan twierdzi, że to nie jedyna jego zbrodnia, bo co siedem lat odbierał życie jakiejś nastolatce. I nikt w spokojnym, nadmorskim miasteczku nie zwrócił uwagi na te stosunkowo częste zaginięcia. Ot, statystyka wyższa niż w innych miejscowościach, ale w końcu gdzieś musi być wyższa, a gdzieś niższa.

Dyżurujący milicjant z oporami, ale przyjmuje do wiadomości wersję pana, acz najpierw po znajomości umieszcza go w szpitalu psychiatrycznym (na marginesie: zastanawiam się, czy w każdym miasteczku jest taki przybytek. OK, ten akurat pełni funkcje również normalnego szpitala, ale wątpliwości pozostają). Śledztwo snuje się niemrawo — jeden morderca już jest, mieszkańcy wierzą w jego winę i niecierpliwie wyczekują wyroku skazującego, a co gorsza szef komendy poczytuje sobie jego szybkie złapanie za osobisty sukces.

Kto wie, na czym by się skończyło, gdyby nie inna nastolatka, która w rzeczach po zamordowanej koleżance znajduje nietypowe szpargały i rozpoczyna własne śledztwo (motyw podwójnego śledztwa pojawił się również w "Wierze"). Zahukana Pola ma jeszcze bardziej pod górkę niż milicjant — ludzie nie bardzo chcą z nią rozmawiać, a matka absolutnie nie rozumie potrzeb dziewczyny i utrudnia życie na każdym kroku.

Trup ściele się może niezbyt gęsto (co siedem lat to znaczące odstępy), ale mamy więcej niż jedne zwłoki i na ogół sprawy wyglądają niebanalnie. Na przykład rodzice jednej z zamordowanych przed laty dziewczyn pokazują zdjęcia córki żyjącej szczęśliwie wraz z rodziną w Kanadzie.

Dzięki tym odstępstwom od normy książkę czyta się szybko. No, kto nie chciałby się dowiedzieć, czy ta kobieta w końcu żyje, czy nie? Na koniec wszystko elegancko się wyjaśnia. Okazuje się, że tropy zostały w powieści porozrzucane, ale jakoś trudno je wyłowić z morza błahostek. Lubię, kiedy kryminały są w ten sposób skonstruowane.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

wtorek, 28 września 2021

"Miary i ludzie" — monotematycznie

Tytuł:          Miary i ludzie  
Autor:          Witold Kula     
Wydawnictwo:    Książka i Wiedza
Rok 1. wydania: 1970            

Tytuł jest o wiele bardziej obiecujący i uniwersalny niż faktyczna treść książki. Owszem, jest o miarach. Ale przede wszystkim w Rzeczpospolitej szlacheckiej (trochę jeszcze o Francji) i głównie o miarach dwóch wielkości: objętości zboża (korzec) i powierzchni ziemi uprawnej (łan). Rozumiem, że te rzeczy były kluczowe gospodarczo, dookoła nich spiętrzały się tysiące sporów, płynęły rzeki potu, krwi i strużki złota. Ale chętnie poczytałabym również o innych miarach. Niekoniecznie o amperach czy decybelach, ale chociaż o milach czy cetnarach.

Książka podzielona została na cztery części. Pierwsza, najdłuższa, stanowi swego rodzaju wprowadzenie i omawia szereg zagadnień związanych z tematyką. Druga część koncentruje się na problemach związanych z miarami w Polsce szlacheckiej, trzecia na unifikacji miar we Francji, a czwarta (składająca się raptem z jednego rozdziału) — wprowadzeniu systemu metrycznego.

Odnoszę wrażenie, że Autor w kółko mieli ten sam temat. OK, fajnie się było dowiedzieć, że w średniowiecznej moralności podnoszenie cen (nawet między hurtem i detalem) wyglądało bardzo podejrzanie i obchodzono ten problem, zmieniając miarę. Kupiec skupował zboże sypane z czubkiem, a sprzedawał strychowane (z płaskim, wyrównanym wierzchem) albo używał różnych miar. W czasach drożyzny cena chleba długo utrzymywała się bez żadnych zmian, ale bochenki stawały się coraz mniejsze. Sprytne rozwiązanie zakazu lichwy czy niemożności podniesienia ceny chleba do 1,1 grosza.

To jest ciekawe, ale zrozumiałam za pierwszym razem, że szlachta domagała się od chłopów danin w wielkich korcach, a sprzedawać je chciała w jak najmniejszych. I że silniejszy zawsze narzucał swoje warunki słabszemu. Nie potrzebowałam przypomnienia na co drugiej stronie. Zdaję sobie sprawę, że w momencie pisania walkę klas należało eksponować nawet w książce kucharskiej, ale moje wydanie ujrzało świat w 2004 roku. A w ten sposób praca z każdym rozdziałem stawała się coraz nudniejsza.

Książkę zdobią czarno-białe ilustracje — ryciny i zdjęcia związanie z odmierzaniem różnych towarów (z ludzkimi uczynkami włącznie).

Na końcu zamieszczono bibliografię na ponad dwadzieścia stron oraz spis ilustracji.

Nie zauważyłam wpadek językowych, acz irytował mnie brak tłumaczenia różnych cytatów — a to po łacinie, a to francuskich...

czwartek, 23 września 2021

"Pomnik cesarzowej Achai" — kontynuacja

Tytuł:          Pomnik cesarzowej Achai
Część:          2                      
Autor:          Andrzej Ziemiańśki     
Wydawnictwo:    Fabryka Słów           
Rok 1. wydania: 2013                   

Kontynuacja pod dwoma względami; po pierwsze ten cykl stanowi dalszy ciąg napisanej jakieś dziesięć lat wcześniej "Achai", akcja toczy się mniej więcej tysiąc lat po śmierci cesarzowej. Po drugie — to drugi tom cyklu. Nadal wszyscy (tak na oko ze trzy stronnictwa, ale jeśli się rozdrabniać, to jeszcze więcej) szukają legendarnego pomnika cesarzowej i znaleźć nie mogą.

Książka nie stanowi jakiejś wydzielonej fabularnie części. Na ile pamiętam (a czytałam wieki temu), po prostu dalszy ciąg pierwszego tomu. Nie widać żadnej cezury, domknięcia choćby niektórych wątków. Tak, jakby Autor nagle zauważył, że natrzaskał już 700 stron, więc dopisał do końca sceny, a potem wziął się do pracy nad trzecim tomem.

Trudno pisać o fabule — to nadal te same wątki i ciągle nie zostały zamknięte. Dwa imperia obwąchują się wzajemnie, a tajemniczy inżynierowie tajemniczo knują coś w tajemnicy. Tak w zasadzie, to nie wiem, czy doszło tu do jakiegoś przełomowego wydarzenia. Jasne, że ktoś tam czegoś się dowiaduje, ktoś wydobywa z więzienia jedną z bohaterek pierwszego tomu, ktoś podburza lud... Postaci nie mogą przecież siedzieć z założonymi rękami przez tyle stron.

Mimo to książkę czyta się przyjemnie i raczej szybko (jak na tę grubość).

Z zauważonych usterek: jakaś zabłąkana literówka, ubieranie ubrań i chyba zamieszanie między "obaj" a "oboje".

niedziela, 19 września 2021

"The Beauty of Everyday Things" — o japońskiej sztuce

Tytuł:          The Beauty of Everyday Things
Autor:          Soetsu Yanagi                
Wydawnictwo:    Penguin Books                
Rok 1. wydania: 1920-1960                    

Zbiór esejów o japońskiej sztuce. Zaczyna się od tematyki związanej z tytułem (dość uniwersalnej i zrozumiałej dla zachodniego odbiorcy), a potem stopniowo przechodzi do coraz bardziej partykularnych zagadnień interesujących Autora. Pojawiają się również osobiste opisy; w jaki sposób Yanagi zetknął się z daną kwestią, jak się czuł w owej chwili...

Z tego powodu pierwsze eseje uważam za najbardziej interesujące. Napisane kilkadziesiąt lat temu (w różnych okresach), ale może jeszcze bardziej aktualne teraz niż w chwili powstania. Później Yanagi bierze na warsztat tematy bardziej japońskie — omawia przykładowe wzory, twórców, techniki... Nie jest to systematyczny przegląd, tylko wybrane przykłady. Ewidentnie kierowane do kogoś, kto już zna tematykę (mnie nazwy wzorów nic nie mówiły) — Autor podaje tylko nazwy, jakby oczekiwał, że samo hasło w zupełności wystarczy.

Ostatnie dwa eseje dotyczą już bardzo szczegółowych kwestii — to list otwarty napisany do Koreańczyków po inwazji Japonii na ich państwo oraz esej poświęcony bliskiemu sercu Autora muzeum rzemiosła. Szczerze mówiąc, te zagadnienia już w ogóle mnie nie obeszły.

Yanagi twierdzi, że w obcowaniu ze sztuką wiedza jest mniej ważna niż piękno. Być może ma rację, ale przy pisaniu książki takie podejście moim zdaniem się nie sprawdza. Autor zawzięcie opisywał swoje doznania, nie definiując przedmiotu, a ja nie potrafiłam sobie go wyobrazić. Co mi po deklaracjach zachwytu, kiedy nie mam pojęcia, jak wygląda na przykład wzór bashofu?

Język raczej poetycki, na swój sposób pasuje do tematyki.