niedziela, 18 kwietnia 2021

"Życie" — o ewolucji

Tytuł:           Życie                 
Tytuł oryginału: Vida, la gran historia
Autor:           Juan Arsuaga          
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Znak      
Rok 1. wydania:  2019                  

Tytuł i podtytuł ("Fascynująca podróż przez 4 miliardy lat") obiecują więcej, niż książka dostarcza. Spodziewałam się z grubsza chronologicznej opowieści o powstawaniu kolejnych królestw, typów, gromad itd. Dostałam kilkanaście rozdziałów poświęconych tym zagadnieniom z ewolucji, które wydają się interesować Autora.

Rozumiem, że trudno powiedzieć cokolwiek o ewolucji jednokomórkowców — były, minęły, jakiekolwiek ślady ich życia należą do rzadkości. Ale brakowało mi roślin. O zwierzętach człowiek uczył się na biologii — omawialiśmy robaki, pierścienice, kręgowce... Rośliny zawsze traktowane były po łebkach i ta książka nie jest wyjątkiem. A one też jakoś wylazły z morza na ląd, wykształciły tkanki, mają swoją fizjologię i cudownie skomplikowaną chemię.

O dinozaurach też mogłoby być więcej. A tymczasem Arsuaga omawia takie problemy jak nieuchronność powstawania różnych typów zwierząt (no, ta konwergencja to jest jakiś argument), postęp w ewolucji, różne koncepcje i podziały wśród ewolucjonistów... Słowem — to książka o ewolucji, a wcale nie o życiu. Do tego, po długim przekonywaniu, że Homo sapiens jest zwierzęciem jak wiele innych, Autor pół książki poświęca naszemu gatunkowi. Owszem, to jest ciekawe, ale nie trwało 4 miliardy lat, jak obiecuje okładka.

Mam wrażenie, że Arsuaga traktuje czytelników niezupełnie z góry, ale zakłada, że nie są zbyt mądrzy. Sugeruje, że należy czytać jeden rozdział dziennie (bez przesady, jeden prawie udało mi się przeczytać w tramwaju, podczas powrotu z pracy), często ostrzega, że omawiany termin jest trudny... Nie czułam się z tym dobrze.

Książka ilustrowana jest schematycznymi rysunkami. Nawet sympatycznie wyglądają, chociaż są czarno-białe. Ale w sumie — po co kolory do omawiania teorii?

Zabrakło mi indeksu i bibliografii. Jakaś tam literatura jest w przypisach końcowych, ale to nigdy nie była wygodna w użyciu forma.

Trafiają się literówki, w jednym miejscu z 65 milionów lat zrobiło się 605...

wtorek, 13 kwietnia 2021

"Zgnilizna" — YA jako urban fantasy

Tytuł:           Zgnilizna     
Tytuł oryginału: Råta          
Autor:           Siri Pettersen
Tom:             2             
Wydawnictwo:     REBIS         
Rok 1. wydania:  2014          

Pierwszy tom kończył się (z grubsza) na przeniesieniu bohaterki do innego świata. Jak się okazuje — to nasz, dwudziestopierwszowieczny świat i dziewczyna musi w nim jakoś przetrwać. Bez dokumentów, pieniędzy, znajomości języka i paru innych drobiazgów. Ale najbardziej w tym świecie brakuje magii zwanej Evną. Książka nadal nosi wyraźne cechy Young adult — bohaterowie już o rok starsi, ale to ciągle dzieciaki, miotane hormonami i nie widzące świata poza swoją wielką miłością.

No dobrze, coś tam widzą i diagnoza nie jest przyjemna. Nasz pozbawiony magii świat umiera. Pełno w nim plastiku, a mało zwierząt. I jabłka długo zachowują świeżość. Zbyt długo, żeby można było im zaufać. W tle przewijają się rozważania, co doprowadziło do takiego stanu. Niby można zwalać winę tych złych, ale nie powinniśmy iść tą drogą.

Właśnie — ci źli. Podobał mi się wątek zahaczający o wampiry. Niby temat oklepany, ale jakąś kroplę nowości udało się niego dodać.

Fabuła wciągała, Autorka potrafiła trzymać w niepewności, co do tej mniej złej strony, której należy zaufać. Acz niektóre rzeczy działy się bez wyraźnej przyczyny, bo tak. Na przykład cudowne wyczucie tej jedynej, wyjątkowej książki. Nie rozumiem również, dlaczego trzymano ją akurat w muzeum. Niektóre decyzje zakochanego chłopaka też wydają mi się dziwaczne i co najmniej nieprzemyślane. A podobno to taki bystry młodzieniec.

Główni bohaterowie częściowo znani (zakochana para, postacie z ich ojczystego świata). Co oczywiste, pojawiają się również nowi. Jako że akcja rozgrywa się na naszej Ziemi, często są to ludzie, ale nie odgrywają głównych ról.

Ogólnie — czytałam z przyjemnością, a końcówka okazała się emocjonująca.

Nadal trafiają się usterki językowe — czasami podmiot ucieka albo zaimek odsyła gdzieś w kosmos, do nieodpowiedniego rzeczownika. Sporadycznie literówki.

piątek, 9 kwietnia 2021

"Zabójcza kolacja" — o medycynie

Tytuł:           Zabójcza kolacja       
Tytuł oryginału: The Deadly Dinner Party
Autor:           Jonathan Edlow         
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Literackie 
Rok 1. wydania:  2009                   

Książka stała na półce z kryminałami. Prawdopodobnie ktoś oceniał zawartość po tytule, może jeszcze uwzględnił wprowadzenie, czyli "Jak zostałem detektywem". Szkoda, że nie popatrzył na podtytuł — "i inne zagadki medyczne", bo całkiem nieźle oddaje treść. To zbiór historyjek o przypadłościach, które z różnych powodów nie były łatwe do zdiagnozowania i lekarze dopiero po długim główkowaniu i wielu testach ustalili, co jest z pacjentem nie tak. Owszem, bywa, że to jeden posiłek ma opłakane skutki. Acz rzadko.

Opowieści jest piętnaście. Schemat wygląda następująco: do szpitala zgłasza się pacjent. Lekarze próbują ustalić, co mu dolega, ale kolejne hipotezy szybko upadają. Choremu robi się coraz to nowe badania, ale wyniki albo są negatywne, albo niekonkluzywne. Wreszcie pacjent trafia do fachowca z wąskiej dziedziny lub komuś przypomina się bardzo rzadkie schorzenie, z którym miał do czynienia wiele lat temu. Tu następuje obszerny, graniczący z dygresją, opis jakiegoś wcześniejszego przypadku albo historii rozpoznawania danej choroby. I bingo, to właśnie to. Wracamy do pierwotnego człowieka — podjęcie właściwego leczenia szybko przynosi efekty.

Przyczyny bywają różne. Z pewną satysfakcją czytałam, że klimatyzacja może mieć paskudne skutki. Ba! Bardzo często ma nieprzyjemne. Nigdy nie przepadałam za powietrzem krążącym w zamkniętym obiegu. I co z tego, że przyjemnie chłodne czy ciepłe, skoro przechodzone. Ze zdrową żywnością też różnie bywa. Warto zachować przede wszystkim zdrowy rozsądek, a wtedy i ciału łatwiej będzie utrzymać ten stan.

Zazdrość wzbudza podejście do pacjenta — wszyscy stają na rzęsach, żeby zrozumieć przyczyny niedomogania. Całe baterie testów, konsultacje z licznymi specjalistami. I to wszystko na cito, a nie z terminem za pół roku. Nie wiem, czy to kwestia prywatnego leczenia, Stanów Zjednoczonych, podkoloryzowania rzeczywistości dla potrzeb książki (jak u nas w kronikach filmowych) czy może kiedyś tak się po prostu walczyło o każdego pacjenta.

Bo chociaż książka jest relatywnie niedawno wydana, to przypadki na ogół pochodzą z XX wieku i to wcale nie ze ścisłej końcówki. Szczegółowe analizy chorób, sięgające jeszcze wcześniejszych stuleci, pogłębiają wrażenie historyczności.

Z usterek językowych — zauważyłam zamieszanie z dwoma/dwiema.

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

"Sekrety Polihymnii" — o muzyce

Tytuł:          Sekrety Polihymnii
Autor:          Jerzy Waldorff    
Wydawnictwo:    Iskry             
Rok 1. wydania: 1956              

Książka o muzyce. Składa się z trzech części. Pierwsza opowiada o najważniejszych instrumentach muzycznych, od fortepianu do batuty dyrygenta. Jak powstały, ewoluowały, w jakich dziełach zostały najlepiej zaprezentowane... Druga, najobszerniejsza mówi o historii muzyki — zapis nutowy, formy muzyczne (na przykład różne tańce, pieśni, symfonie i wiele innych). Załapują się również poboczne tematy takie jak balet czy jazz. Ostatnia część to słowniczek terminów muzycznych z dość rozbudowanymi opisami.

Większość książki czytałam z zaciekawieniem i poczuciem, że dowiaduję się ważnych rzeczy. Ale pod koniec drugiej części coś się popsuło — Autor zaczął opisywać czasy sobie współczesne. Rozwodził się na temat znajomych (ludzi i budynków), wdawał w niepotrzebne szczegóły. Rozumiem, że niektóre rzeczy uznał za ważne, bo zetknął się z nimi osobiście, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że powinien dokonać ostrzejszej selekcji materiału.

Mam szansę zetknąć się z różnymi instrumentami, wsłuchać się w nie uważniej, docenić (no, może akurat nie w tej chwili, trzeba będzie poczekać na koniec pandemii)... Ale co mi przyjdzie po historii zamkniętego warszawskiego teatru? Nie oszukujmy się, że miał znaczący wpływ na światową muzykę.

To ciekawe, w jak innych światach żyliśmy z Waldorffem. Dla Autora to naturalne, że jeśli człowiek chce sprawdzić, jak brzmi jakiś dźwięk, to podchodzi do fortepianu i uderza w klawisz. Dla mnie... Cóż, mogłabym to zrobić dopiero długo po zakończeniu edukacji (a nie poprzestałam na podstawówce). Zdarzało się w dzieciństwie widzieć jakieś pianina (w przedszkolu, na lekcjach muzyki, na apelach, sporadycznie w mieszkaniach koleżanek...), ale nikt przy zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi na nich brzdąkać. Przecież wiadomo, że waliłabym w klawiaturę butami, podpaliła instrument albo zrobiła coś równie głupiego. Fortepian? Na pewno widziałam z bliska w muzeum instrumentów muzycznych. Ale też obyło się bez dotykania.

Styl gawędziarski, przyjemny, dopóki Waldorff trzyma się istotnych motywów. W przeciwnym wypadku — zaczyna przytłaczać.

Nie zauważyłam wpadek językowych.

czwartek, 1 kwietnia 2021

"Raport o stanie państwa" — aktualne

Tytuł:          Raport o stanie państwa
Autor:          Andrzej Mleczko        
Wydawnictwo:    BGW                    
Rok 1. wydania: 1993                   

Dzisiaj pierwszy kwietnia, więc wypada napisać o czymś zabawnym. W najnowszych wiadomościach coraz trudniej znaleźć dowcipy, trzeba było poszukać w przeszłości. Padło na "Raport o stanie państwa" w rysunkach.

To zaskakujące, ale żarty sprzed niemal trzydziestu lat nadal są aktualne. I nie mam tu na myśli ponadczasowych dowcipów na temat seksu czy małżeństwa. Najbardziej zaskoczyła mnie pod tym względem pierwsza część — o polityce. Do wyszkolenia porządnych kadr w dyplomacji jeszcze nam dalej niż wtedy, ministrowie nadal robią wrażenie skorumpowanych...

OK, może teraz to inny rodzaj korupcji. Nie ordynarna gotówka w kopercie, tylko wpływy, przyduszanie konkurencji, jakiś cios poniżej pasa, bo kto zabroni sędziującemu? Ale i przekręty finansowe się zdarzają. A elektorat najwyraźniej nic się nie nauczył, mimo upływu pokolenia.

Czyli i śmieszno, i straszno. Z jednej strony humor się poprawia, z drugiej włos się jeży. Samo życie. A podaży tematów satyrykom chyba nigdy nie zabraknie. Układ rozdziałów w gruncie rzeczy podobny do poprzedniej książki Autora.

No i wyszło mało zabawnie. Ech...

Może to dziwne w publikacji składającej się przede wszystkim z rysunków, ale interpunkcja kuleje.