Zbiór różnych tekstów — powieści i opowiadań. Łączy je miejsce akcji (tytułowe miasteczko w Stanach Zjednoczonych), punkt widzenia (chłopcy od dziesięciu do czternastu lat), nastrój... Książka stała na półce z fantastyką, ale chyba przez pomyłkę. To głównie obyczajówka, może czasami ociera się o realizm magiczny.
A jak już rozczarował mnie brak fantastyki, to ogólnie nastawiłam się negatywnie. Podobno to podróż sentymentalna. OK, rozumiem, że ktoś może odczuwać potrzebę, żeby powspominać dzieciństwo. Problem w tym, dzieciństwo moje i Autora dzieli ponad pół wieku, ocean, druga wojna światowa, równouprawnienie, religia, ustrój, płeć patrzącego... Może Bradbury czuł się wspaniale w kraju swoich lat dziecinnym, ja czułam się tam obco. No i nastoletni chłopcy to takie nierozsądne stworzenia... Naprawdę wierzyli, że zepsucie zegara zatrzyma czas?
Książka przypominała mi kronikę wydarzeń z małomiasteczkowej gazety. Albo nawet małomiasteczkowej rodziny. Ktoś umarł, trzepaliśmy dywany, ciocia przyjechała w odwiedziny, kupiłem sobie tenisówki... Jednym słowem — nuda. I to bez fabuły, która wyznaczałaby oś. Same dygresje. Trochę to wyglądało jak początek książek Kinga (to spokojne amerykańskie miasteczko przed nadejściem zła), może z domieszką Tomka Sawyera (młodzi amerykańscy chłopcy, tylko niestety bez przygód).
Zaczynam podejrzewać, że jedyna rzecz, która Bradbury'emu naprawdę się udała, to 451 stopni Fahrenheita. Wszystko, czego spróbowałam później, okazywało się o wiele słabsze.
Przynajmniej nie zauważyłam wpadek językowych.