środa, 28 września 2016

"Bajki robotów" — staroroboci język

Tytuł:       Bajki robotów              
Autor:       Stanisław Lem              
Wydawnictwo: Biblioteka Gazety Wyborczej
Rok wydania: 1964                       

Zbiór kilkunastu bajek, jakie mamy robocice mogłyby opowiadać malutkim robociątkom przed snem. Gdyby roboty potrzebowały snu i miały dzieciństwo. Ciekawie odwrócone strony — to ludzie (o ile w ogóle się pojawiają) są dla bohaterów stworami egzotycznymi, niezrozumiałymi i bardzo odległymi.

Uwagę zwraca przede wszystkim niesamowity język, stworzony przez Autora. Piękna mieszanka staropolskiego z terminami technicznymi, obfitująca w neologizmy — elektrycerze, bladawce, kosmolud i wiele innych. Warto wczytywać się uważnie w te konstrukcje. W posłowiu dialekt nazwany zostaje "starorobocim". Nieźle oddaje cechy narzecza, a do tego sam w sobie stanowi miły paradoksik.

Historyjki niby o robotach, ale jakichś dziwnych: miotanych różnymi uczuciami, od strachu, przez zawiść, do miłości, pragnących a to władzy, a to bogactwa... Jakby znowu ktoś pisał o ludziach z ich licznymi przywarami...

Co najmniej jedną z bajek przerabialiśmy w podstawówce. Do dziś zapamiętałam klejnoty "z trójcy gazów szlachetnych rżnięte". Może dlatego, że interesowałam się wtedy chemią, a może obraz przemówił do wyobraźni. No bo kamień z gazu szlachetnego — czy może istnieć coś bardziej godnego wysiłków jubilera? Nie zwróciłam natomiast uwagi na zawołanie bitewne rodu Triody. Chyba jednak to nie są bajeczki dla dzieci. Mnóstwo w tych opowiastkach aluzji i smaczków niedostrzegalnych dla młodych umysłów.

Ładnie dopracowane światy, z bizantyjską tytulaturą władców, z wymyślnymi urzędami na dworach. Także i przedstawiane uniwersa odzwierciedlają mistrzowskie splątanie nauki z baśniami. Bajki dopieszczone aż do ostatnich zdań. Nie są to standardowe słowa "żyli długo i szczęśliwie" ani "a ja na tym weselu byłem", lecz mitopodobne nawiązania do rzeczywistości, uzasadnienia dla przedstawienia danej historii.

sobota, 24 września 2016

"Wszyscy mamy tajemnice" — problemy bogatych

Tytuł:           Wszyscy mamy tajemnice
Tytuł oryginału: Live Wire             
Autor:           Harlan Coben          
Wydawnictwo:     Albatros              
Rok 1. wydania:  2011                  

Kolejny, dziesiąty (ale pierwszy, który czytałam) tom z serii o przygodach agenta Myrona Bolitara. Nie, Myron nie jest Jamesem Bondem — chociaż brakuje mu tylko kilku gadżetów — lecz agentem reprezentującym celebrytów, głównie sportowców. Odnoszę wrażenie, że znajomość wcześniejszych części ułatwiłaby zrozumienie wszystkich wątków, lecz nie była konieczna, powieść stanowi zamkniętą całość.

Książka opowiada o kłopotach klientów Myrona. Nie zaczytuję się kolorowych pisemkach, nie interesuje mnie świat kamer i piętnastominutowej sławy, więc moim zdaniem główny problem wielu bohaterów polega na tym, że im się we łbach poprzewracało od nadmiaru pieniędzy. A w tym to każdy agent potrafi pomóc, wcale nie musi być superbohaterem.

Prywatne samoloty, ekskluzywne wyspy, narkotyki, wspaniałe imprezy, pieniądze, które kupują prawie wszystko i układy, które kupują całą resztę... Nuda. Książka naprawdę mnie wciągnęła gdzieś w okolicy dwóch trzecich, kiedy zaczęły sypać się trupy.

Postacie słabo zróżnicowane, można je podzielić na trzy grupy: wszechmocny agent z kumplami (tutaj ładnie odstaje od tła sekretarka Wielka Cyndi, która wprawdzie jest głupia, ale przynajmniej nie ginie w tłumie), zdziecinniali klienci i paskudne, bezwzględne czarne charaktery z wielkimi spluwami.

Irytował mnie bardzo gruby papier w moim wydaniu. Do tego duże odstępy między wierszami. Szkoda drzew i miejsca na półce.

Język raczej niewyszukany, ale trudno oczekiwać więcej po thrillerze. Acz znalazło się miejsce na parę żarcików o pannach Yu oraz Mee. Gdybym nie znała angielskiego i nie próbowała odgadnąć, jak to wyglądało w oryginale, nie zauważyłabym ich. Nieco zaskoczyły mnie kajdanki na klatce piersiowej (s. 420).

wtorek, 20 września 2016

"Korona śniegu i krwi" — rozbicie dzielnicowe plus magia

Tytuł:           Korona śniegu i krwi
Autor:           Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo:     Zysk i S-ka         
Rok 1. wydania:  2012                

Interesujące połączenie fantasy i powieści historycznej. Akcja toczy się w XIII wieku, pod koniec rozbicia dzielnicowego. Chyba najbardziej spodobał mi się pomysł ze zwierzętami herbowymi, które mogą opuścić materiał, spełnić jakieś polecenie pana albo się z kimś pobić. Ale splecenie dziejów Piastów z pieśniami o Rycerzach Okrągłego Stołu też bardzo interesujące.

Do słabiej lub lepiej (no dobrze, będę szczera — raczej słabiej) znanych faktów historycznych Autorka dodaje wątki pogańskie, wyżej wspomniane lwy i inne gryfy obdarzone własnym życiem oraz zwyczajne życie z jego nieodłącznymi problemami obyczajowymi. Niby z grubsza wiadomo, jak się to wszystko musi skończyć, ale i tak czyta się z zainteresowaniem.

Czasami miałam wrażenie, że magii na kartach jest aż za dużo. Nie tylko klątwy, święci za życia dokonujący cudów, kapłanki pradawnych kultów też całkiem nieźle sobie radzące... Na tym szacownym tle spiczaste uszy jednego z bohaterów wyglądały groteskowo.

Bohaterowie ciekawi i zróżnicowani. Postacie znane z historii, te mniej popularne (ale jednak kiedyś żyjące) i całkiem zmyślone. Książęta piastowscy pokazani niekoniecznie od najlepszej strony — tłuką się przy każdej okazji, niekiedy nawet wtrącają bezprawnie do lochu, knują, dogryzają... Nieco irytowały mnie ostre kontrasty między bohaterami — albo białymi, albo czarnymi. Wydaje mi się, że przydałoby się więcej szarości. A jeszcze ci źli mają tyle swobody; dobra księżniczka nie może być pewna własnego życia i nawet nie ma jak się chronić, zła może bez przeszkód zdradzać męża lub czarować.

Język raczej bez stylizacji, choć siłą rzeczy zawiera sporo archaicznych słów, prosty w odbiorze. Niestety, wkradło się trochę błędów, w tym rażące ortograficzne: watach (s. 576 i nie chodzi tu o bawełnę, lecz o grupę w dopełniaczu liczby mnogiej), ważenie (w sensie gotowania, s. 637) czy ludzie "rządni srebra" (s. 665). Poza tym ubieranie koszuli. Wstyd!

sobota, 17 września 2016

Finkla pisze — "Synmiasto"

Tytuł:           Poznań Fantastyczny. Antymiasto
Autor:           Antologia                      
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Miejskie Posnania  
Rok 1. wydania:  201                          

Niedawno ukazała się antologia, pokłosie konkursu na opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w Poznaniu, jakoś związane z tematem ubiegłorocznej edycji — antymiastem.

Okładka wygląda tak:


Wśród kilkunastu tekstów można znaleźć i moje opowiadanko — "Synmiasto". Oczywiście zachęcam do lektury i podzielenia się opiniami. :-) Sama jeszcze nie dorwałam swojego egzemplarza i nie przeczytałam, ale podobno współautorzy podchodzili do tematu bardzo rozmaicie.

środa, 14 września 2016

"Mowa ciała" — tylko podziwiać marketing

Tytuł:           Mowa ciała                          
Tytuł oryginału: The Definitive Book of Body Language
Autor:           Allan i Barbara Pease               
Wydawnictwo:     Rebis                               
Rok 1. wydania:  2006                                

Książka pisana chyba bardziej z myślą o marketingu niż o czytelnikach. Spokojnie dałoby się te same informacje zawrzeć, zużywając trzykrotnie mniej papieru. Wystarczyłoby polikwidować wyodrębnione z tekstu cytaty, puste strony z okazji zakończeń rozdziałów, a przede wszystkim — powtarzanie tego samego.

Rzeczy banalne — na przykład jak powinien wyglądać uścisk ręki — sprzedawane są jako przełomowe odkrycia. A tak naprawdę, niewiele znalazłam rzeczy nowych i ciekawych.

Inna sprawa, że tym znalezionym zbytnio nie ufałam. Zbyt często odnosiłam wrażenie, że wyjaśnienia podawane przez Autorów są bardzo powierzchowne lub naciągane. Przykład ze 159 strony:
Naukowcy stwierdzili, że pomiędzy dłońmi a mózgiem istnieje więcej połączeń nerwowych niż pomiędzy jakimikolwiek innymi częściami ciała, tak więc gesty i pozycje dłoni w dużej mierze informują o naszym stanie emocjonalnym.
Hmm. Po pierwsze, rdzeń kręgowy to też niezłe połączenie między szyją a lędźwiami. Po drugie, dlaczego niby druga część zdania wynika z pierwszej? Jeśli trzymać się zaserwowanej logiki, to pozycja szyi wiele mówi o stanie...

Zdarza się, że przytaczane rewelacje popierane są pojedynczymi przykładami typu: "A jeden z naszych klientów po zastosowaniu się do naszych rad to...". Dla mnie to raczej autoreklama niż dowód na cokolwiek. Przynajmniej, dopóki przechwałkom nie towarzyszy uczciwa informacja, ilu klientów zastosowało się do porad i nie odniosło sukcesów.

Opisy niekiedy są na tyle nieprecyzyjne, że trudno zgadnąć, o co chodzi. Na przykład: "zwracać ciało pod kątem 45 stopni do rozmówcy". Na leżąco nie widzę problemu (tylko potrzebujemy dość dużej powierzchni), ale na stojaka? Bez podpórki może nie wyjść. Na szczęście książkę zilustrowano licznymi zdjęciami celebrytów i rysunkami, które pozwalają rozszyfrować mowę skoncentrowanych na ciele Autorów.

Jeśli pominie się skróty i brak precyzji, język prosty, bez żadnych aspiracji literackich.