czwartek, 30 maja 2019

"7 razy dziś" — młodzieżówka

Tytuł:           7 razy dziś  
Tytuł oryginału: Before I Fall
Autor:           Lauren Oliver
Wydawnictwo:     Otwarte      
Rok 1. wydania:  2010         

O mały włos nie rzuciłam tej książki w cholerę. W pierwszej części bohaterka jest tak pusta, że bańka mydlana pewnie by ją przygniotła. To amerykańska nastolatka, karykaturalnie głupia i skoncentrowana na sobie, przyjaciółkach, ubraniach, chłopaku, stwarzaniu pozorów bycia kimś i imprezowaniu. Pod koniec wracają z psiapsiółkami, wszystkie pijane, samochodem i mają wypadek.

Czytanie o tych wszystkich pseudomyślach płytkich dziewuch bardzo mnie męczyło i miałam wielką ochotę, żeby sobie odpuścić te tortury, ale chciałam przebrnąć chociaż przez 100 stron. Na szczęście przed setką się poprawiło.

Następnego dnia protagonistka się budzi i znowu jest piątek — dzień feralnej imprezy. Ale tym razem dziewczyna próbuje coś zmienić, raczej nieporadnie. Chyba już za trzecim razem orientuje się, że ona w tym samochodzie umiera. Cóż, bohaterka nie jest zbyt bystra, jednak przynajmniej priorytety jej się przestawiają.

W powieści jest dużo obyczajówki, fantastyka sprowadza się do niewyjaśnionego powtarzania ostatniego dnia życia. Raczej dla młodzieży — ludzie, którzy dawno temu przestali być nastolatkami, mogą nie zdzierżyć infantylnego początku. Jednak późniejsze obserwowanie zmian zachodzących w protagonistce może okazać się interesujące. Książka stoi przemianą bohaterki.

Acz pewnie rzeczy z góry wiadomo — wielka miłość rozwiązuje każdy problem. O ile jest prawdziwa, oczywiście. I koniecznie trzeba ją czuć do tego wspaniałego rycerza na białym rumaku, co to w każdej sytuacji pomoże damie. To pewnie wyjaśnia, dlaczego na świecie pozostaje tyle nierozwiązanych problemów...

Pod względem językowym byłoby nieźle, gdyby nie paskudny błąd ortograficzny (s. 228). Mylenie "strużki" ze "stróżką" to szkolny byk i nie spodziewałam się znaleźć go w książce. Tym bardziej, że w tym samym zdaniu pojawia się "strumyk", który chyba powinien sugerować, że chodzi o słowo pochodzące od strugi.

niedziela, 26 maja 2019

"Morderca bez twarzy" — początki Wallandera

Tytuł:           Morderca bez twarzy 
Tytuł oryginału: Mördare utan ansikte
Tom              1                   
Autor:           Henning Mankell     
Wydawnictwo:     Wydawnictwo W.A.B.  
Rok 1. wydania:  1991                

Pierwsza powieść, w której wystąpił Kurt Wallander. Już jest kimś na posterunku — podczas urlopu komendanta to Kurt jest szefem. On prowadzi trudne śledztwo, on decyduje o nadgodzinach... Już ma kłopoty z życiem prywatnym — żona dopiero co go rzuciła. Już szuka rozwiązania problemów w szklance whisky.

Akcja rozgrywa mniej więcej w czasie opublikowania książki — niedługo po upadku Muru Berlińskiego, ale w Rumunii jeszcze wszystko po staremu. Tu chyba nie wszystko się zgadza, bo Ceausescu zginął w grudniu, a książkowe morderstwo popełniono w styczniu. Ale może coś źle interpretuję. Europa Wschodnia podnosi z nadzieją głowę, niektórzy zachłystują się wolnością... Czyta się tym ciekawiej, że pamiętam te czasy i mogę konfrontować skandynawski punkt widzenia z własnym, słowiańskim.

I właśnie do wydarzeń w Europie nawiązuje przewodni motyw: do Szwecji dociera fala imigrantów. Legalnych i nielegalnych, psychopatycznych i ofiar przestępstw, starających się o azyl, mieszkających w specjalnych ośrodkach... Nie wszystkim Szwedom podoba się ten zalew, niektórzy bardzo gwałtownie wyrażają swój sprzeciw. Inna sprawa, że to imigranci są podejrzani o brutalne morderstwo. Zastanawiałabym się, czy to nie nutka populizmu, gdyby nie fakt, że i gospodarze nie są święci.

Fabuła interesująca, chociaż irytowało mnie, że Wallanderowi czasami sprzyjają zbiegi okoliczności. Gdyby nie one, chyba nie rozwiązałby zagadki brutalnego podwójnego morderstwa. Czytelnik nie ma szans na odgadnięcie tożsamości sprawcy, dopóki nie przeczyta tych samych podpowiedzi, które otrzymał protagonista.

Pod względem językowym nie jest źle, ale czasem podmioty gdzieś uciekają.

środa, 22 maja 2019

"Lew i lilie" — wielkie wymieranie

Tytuł:           Lew i lilie           
Tytuł oryginału: Le Lis et le Lion     
Tom              6                     
Autor:           Maurice Druon         
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Literackie
Rok 1. wydania:  1960                  

Masowo wykruszają się bohaterowie znani od pierwszego tomu. Sędziwy Tolomeo Tolomei umiera we własnym łóżku, ze dwie osoby otrute, jedna chyba zaduszona, ktoś na polu bitwy, papież po wyjątkowo długim jak na tamte czasy pontyfikacie... Guccio odchodzi w przerwie między główną akcją a epilogiem... No, właściwie to już wygląda na zakończenie cyklu. Pierwotnie chyba tak było, ale po kilku latach Autor dopisał jeszcze jeden, siódmy, tom.

Na arenie międzynarodowej w końcu wybucha wojna stuletnia. Edward III, wnuk Filipa Pięknego (umarł w pierwszym tomie) postanawia upomnieć się o swoje prawa do tronu Francji. Z drugiej strony Filip VI, najstarszy syn Karola de Valois (młodszy brat Pięknego) — władca mierny, ale przekonany o własnych zaletach. O dziwo, lud wydaje się podzielać tę wiarę. Do wojny pewnie by nie doszło, gdyby nie Robert d'Artois, który ciągle nie może odzyskać swojego hrabstwa. Nawet śmierć rywalki mu nie pomogła...

Fabuła oczywiście ściśle oparta na faktycznej historii Francji. Tego się Druon musiał trzymać. Ale czyta się bardzo przyjemnie. Chociaż w tym tomie natłok postaci nieco utrudnia spamiętanie ich wszystkich i obranie faworytów. Tylko niezmordowany Robert walczy do samego końca i wybija się na tle pozostałych. Acz trudno go uznać za rycerza bez skazy. A może nawet za rycerza w ogóle...

Postacie — jak i wcześniej — nakreślone starannie. Poznajemy ich cele, marzenia, charaktery. Chyba dzięki temu można się przejmować losami bohaterów. Stają się bardzo ludzcy. Na przykład, czy Beatrycze zasłużyła sobie na to, co ją spotkało? Hmmm, może i tak, święta na pewno nie była.

Nieustający szacunek za research. Na przykład historia choroby Mahaut została opisana na podstawie rachunków wystawianych przez medyków, chirurgów, zielarkę itp. Wiemy więc, że puszczano jej krew, że podawano różne driakwie...

Język mógłby być staranniejszy. Trafiają się literówki, gdzieś tam podmiot uciekł.

sobota, 18 maja 2019

"Stało się jutro" — "Metoda doktora Quina"

Tytuł:          Stało się jutro 
Autor:          Antologia       
Tom:            7               
Wydawnictwo:    Nasza Księgarnia
Rok 1. wydania: 1961-1969       

Podtytuł: "Opowiadań fantastycznych zbiór siódmy", drugi: "Metoda doktora Quina" — od jednego z tekstów. Króciutki zbiorek — składa się tylko z dwóch opowiadań, które wcześniej ukazały się w "Młodym Techniku". Łącznie nieco ponad sześćdziesiąt stron (chociaż o powierzchni trochę większej niż A5).

Oba teksty z grubsza równej długości, oba SF. Co ciekawe — oba zostały napisane przez fizyków z wykształcenia. Jeden przez radzieckiego, drugi przez polskiego. Może stąd wynikają różnice w podejściach i przesłaniach. A może to osiem lat między publikacjami wiele zmienia...

Piąty stan materii Anatolija Dnieprowa (to pseudonim, w rzeczywistości nazywał się... Mickiewicz) jest bardzo kolektywny. Słowo "komsomoł" pada kilkakrotnie, po prostu widać chęć głoszenia gotowości Homo sovieticusa do ratowania świata i wszystkiego, co czuje się zagrożone. A jak się spojrzy uważnie między wiersze, to i deptanie nieistotnych jednostek podczas niesienia pomocy. Treść można interpretować jako dowód na nieistnienie duszy.

Drugie opowiadanie, Metodę doktora Quina Janusza Zajdla czyta się całkiem inaczej. Jest mniej zaangażowane politycznie i społecznie (acz echa świetlanej przyszłości słychać), bardziej indywidualne. Bohater jest bohaterem, a nie śrubką w wielkiej maszynie. Ma swoją misję do wypełnienia, trudniej go zastąpić.

Nie mam uwag językowych, ale będę narzekać na skład (jak i przy szóstym tomiku). Ani wyjustowania tekstu, ani wcięć akapitowych, ani odstępów między akapitami... Miejscami zastanawiałam się, czy zdanie zaczynające się od nowej linijki to już narracja, czy jeszcze wypowiedź postaci.

wtorek, 14 maja 2019

"Behawiorysta" — kryminał z refleksją

Tytuł:          Behawiorysta  
Autor:          Remigiusz Mróz
Wydawnictwo:    Filia         
Rok 1. wydania: 2016          

Ciekawe w powieści są refleksje, do których może skłonić lektura. Książka porusza problemy etyczne, głównie znany powszechnie dylemat wagonika, ale podany w ciekawych odsłonach. "A jak ty postąpiłbyś w takiej sytuacji?" — chwilami niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Aż można uwierzyć, że czasem lepiej nie wiedzieć i nie sprawdzać.

Konstrukcja mało typowa jak na kryminał — niby policja aresztowała sprawcę, ale właściwie nic jej to nie dało. Nawet jego nazwiska. A facet wkrótce wydostaje się na wolność i mąci dalej. To interesujące posunięcie, nie przypominam sobie podobnego zagrania. Zazwyczaj ujęcie mordercy kończy sprawę.

Mistrzowskie trzymanie w napięciu i zaangażowanie emocjonalne odbiorcy. Zaczęcie od zamachowca barykadującego się w przedszkolu pełnym dzieciaków jest prawie równie dobre, jak od trzęsienia ziemi. Może nawet lepsze, bo z żywiołem nie da się negocjować. I do samego końca coś się dzieje, zazwyczaj są to nieoczekiwane zwroty. Autor dobrze rozwiesił strzelby Czechowa (acz w jednym przypadku wyszło to nienaturalnie).

Jednak sporą część zainteresowania straciłam, kiedy tytułowy Behawiorysta — od pierwszych stron kreowany na inteligentnego i niesamowicie opanowanego człowieka — postąpił impulsywnie i bezsensownie jak nastolatka na pierwszej randce. No, nie przepadam za bohaterami-idiotami, a tamten czyn był wyjątkowo głupi. Potem trudniej mi było kibicować protagoniście, który z własnej woli wrąbał się w kłopoty, bo chciał zrobić coś nieprzewidywalnego. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ten człowiek zrobił coś sprzecznego z własnym charakterem, chociaż niezbędnego dla fabuły.

Postacie drugoplanowe dobrze zarysowane. Podobało mi się, że bohaterowie często posługują się odrębnymi stylami. Ktoś mówi wyjątkowo starannie, ktoś używa slangu, ktoś ledwo potrafi się komunikować...

Akcja rozgrywa się w Opolu i okolicach. Dla Autora to miasto rodzinne, ja nigdy tam nie byłam, więc wymieniane nazwy ulic i pobliskich miejscowości traktowałam raczej obojętnie. Za to spodobało mi się (oszczędne) używanie śląskiej godki. Moim zdaniem, urozmaiciło tekst. No i odczuwałam satysfakcję, że z grubsza rozumiem słowa, z którymi bohaterowie (niby od lat pracujący w Opolu) mieli problem.

Smaczku dodaje terminologia muzyczna — tytuły części czy numerowanie rozdziałów za pomocą ósemek.

Pod względem językowym całkiem przyzwoicie. Często mylone zwroty używane są prawidłowo. Tylko jedna błędna konstrukcja mi zgrzytnęła. Z jednej strony — padła w wypowiedzi, więc może tak miało być. Ale z drugiej — ta postać miała niezłe wykształcenie i jeszcze lepszą władzę nad słownictwiem.