Tytuł: Singapurskie kleszcze
Tytuł oryginału: The Singapore Grip
Autor: James Gordon Farell
Autor: James Gordon Farell
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok 1. wydania: 1978
Ostatnia ukończona powieść Autora (zmarł rok po opublikowaniu). Stała na półce z kryminałami i sensacjami, ale to najzwyklejsza obyczajówka. Trupy się trafiają, lecz raczej wszyscy znają powód śmierci. Jedyna tajemnica dotyczy tytułowych kleszczy — połowa bohaterów wydaje się doskonale wiedzieć, co to takiego, jednak nikt nie chce puścić farby. Akcja toczy się w Singapurze podczas drugiej wojny światowej. W owych latach Farell już żył (pewnie chodził do przedszkola, a potem zaczął szkołę), więc nawet za powieść historyczną trudno tę książkę uznać.
Jako tako historię znam, zatem nagły atak Japończyków nie stanowił dla mnie ogromnego zaskoczenia. Reszta fabuły to romanse, intrygi i codzienne problemy grupy ludzi. Za romansami nie przepadam, intrygi dotyczące zdobycia kolejnego miliona uważam za tak niskie, że w krzyżu mnie łupie od schylania, a problemów mam wystarczająco dużo własnych. Pozostaje nudne życie znudzonych sfer jeśli nie wyższych, to bogatszych i dogorywający mimo uporczywej resuscytacji ancien régime.
Uważam, że książka zyskałaby na wycięciu z lekka patetycznych wstawek na przykład opisów, co się komu śniło w noc ataku Japończyków. Nic ciekawego nie wnosiły, a tylko zamulały i bez tego leniwą fabułę.
Postacie wydały mi się bardzo antypatyczne, szczególnie rodzina Blackettów — ojciec niemal równie egocentryczny jak Ludwik XIV, syn złoty chłopiec; płytki i bez jednej zalety, córka łamiąca facetom serca dla sportu, obrzydliwie cyniczna. Tylko matka na tyle mało wyrazista, że niczym mi nie podpadła. Inni bohaterowie nieco bardziej interesujący, nawet niekiedy robili coś rozsądnego lub wzniosłego. Kobiety w powieści zazwyczaj zachowują się jak tanie dziwki. Co ciekawsze — niezależnie od posiadanego majątku. Uch, takie niskie zagrania kiedykolwiek działały na trzeźwych mężczyzn (pomińmy wyposzczonych marynarzy)?
Język pozostawia sporo do życzenia. Sporadyczne literówki czy zgubione słowa jeszcze mogłabym darować, potrafię zrozumieć, że w momencie wydania reguły interpunkcji były nieco inne niż obecnie, ale powtórzenia mnie irytowały.