sobota, 27 lutego 2021

"Zażyła więź" — mało naukowo

Tytuł:           Zażyła więź      
Tytuł oryginału: The Intimate Bond
Autor:           Brian Fagan      
Wydawnictwo:     Sonia Draga      
Rok 1. wydania:  2015             

Książka o udamawianiu zwierząt, co zdradza podtytuł: "Jak zwierzęta kształtowały historię ludzkości". Tematyka ciekawa, ale zabrakło mi konkretniejszego podejścia do nauki. Praca wyszła bardzo popularno-, a trochę mało naukowa. Taka luźna gawęda niespecjalnie obfitująca w fakty. Nie przeczę — one tam są, ale raczej w charakterze rzadkich ciekawostek niż podstawowego budulca. Jak rodzynki w cieście.

Autor jest archeologiem i antropologiem. Wykorzystał wiedzę z tych dziedzin, lecz odnoszę wrażenie, że bardzo nie chciał przytłoczyć nią odbiorcy. W tekście na przykład pojawiają się scenki, jak mogło wyglądać spotkanie z tym czy tamtym zwierzęciem, ale nie ma faktów — badań, wykopalisk i artefaktów, na podstawie których dochodzimy do wniosków... Mało dat, więcej miękkich socjologicznych opowiastek. W rezultacie czytało się jak bajeczka dla grzecznych dzieci.

Stosunkowo duża część książki poświęcona jest czasom prehistorycznym. No cóż, ludzkość dawno temu zaczęła flirt z najważniejszymi dla polowania, rolnictwa, handlu i wojny gatunkami. Najdłużej ciągnie się historia koni — armie wykorzystywały je aż do połowy dwudziestego wieku. W stosunkach z innymi zwierzętami pewnie nie było podobnie rewolucyjnych zmian.

Fagan koncentruje się na ssakach; omawia psy, kozy, owce, bydło, osły, świnie, konie, wielbłądy, wspomina o kotach. Nie ma tu drobiu (przecież też jest istotny gospodarczo i jako źródło kalorii) ani owadów (a kto nie lubi miodu?). Wydaje mi się, że gołębie, używane jako środek komunikacji, też wpłynęły na historię ludzkości. Może nawet bardziej niż koty. A guano?

Nie ma indeksu ani bibliografii — w książce zamieszczono tylko przypisy końcowe. Niby zawierają sporo tytułów, ale wyłuskiwanie ich ze zwartego tekstu to już nie to samo...

Pojawiają się usterki. Pół biedy z literówkami — występują nielicznie. Ale przeszkadzało mi używanie formy "woła" zamiast "wołu".

wtorek, 23 lutego 2021

"Ręczna robota" — kryminał w socjalizmie

Tytuł:          Ręczna robota  
Autor:          Ryszard Ćwirlej
Wydawnictwo:    Muza SA        
Rok 1. wydania: 2010           

Akcja rozgrywa się (głównie) w Poznaniu, w ciągu kilku dni, poczynając od ósmego marca 1986 roku. W pociągu przyjeżdżającym z Niemiec (i NRD, i RFN, czyli krainy niesamowitych luksusów i zgniłego kapitalizmu) sprzątaczki znajdują trupa kolejarza z obciętą ręką. No i zaczyna się śledztwo. Z początku niemrawo, bo to święto i jeszcze wolna sobota, trudno dorwać trzeźwego milicjanta. Ale z czasem się rozkręca.

Choć o trzeźwych milicjantów bywa równie trudno jak o szynkę. W ogóle ta grupa wypadła dość karykaturalnie, zwłaszcza jeden z najbardziej zaangażowanych w akcję — Olkiewicz. Facet głupi jak gliniarz z ówczesnych dowcipów, z wygłaszanym na serio toastem "zdrowie pięknych pań i tu obecnych" włącznie. Aż nieprzyjemnie się czytało o tym idiocie.

Bohaterów mnóstwo, niekiedy trochę mi się mylili, ale z reguły szybko się wyjaśniało, o kogo chodzi. Bo do śledztwa w sprawie nieboszczyka z pociągu szybko dołącza sprawa z rannymi milicjantami, wynikami tak ważnych i nietypowych rzeczy interesuje się "góra", podejrzani mnożą się jak króliki na wiosnę, do ich łapania, wożenia i pilnowania potrzeba kolejnych gliniarzy wspieranych niekiedy przez ZOMO... Nawet świadkowie zgłaszają się z własnej woli.

Nieco irytowały mnie wstawki typu "co będzie za ileś tam lat". Nietrudno wygłaszać proroctwa z perspektywy dwudziestu lat, więc w moich oczach wyglądały sztucznie. Czy to bohater marzył o pięknych samochodach i kolorowych telewizorach, czy to nie mógł w nie uwierzyć.

Niemniej jednak fabuła wciągnęła i czytało się całkiem przyjemnie. Nawet z rosnącym zainteresowaniem, bo końcówka okazała się emocjonująca.

Nie zauważyłam wpadek językowych, za to ciekawa zabawa z gwarami. Nie znam poznańskiej, ale śląska pokazana ciekawie. Tam, gdzie nie znałam jakiegoś słowa, na ogół dało się odgadnąć znaczenie z kontekstu (chociaż niekoniecznie precyzyjnie — na przykład mogłam się domyślać, że to jakiś gatunek przestępców, ale nie wiedzieć, o kogo chodzi).

piątek, 19 lutego 2021

"Przyszła na Sarnath zagłada" — opowiadania

Tytuł:           Przyszła na Sarnath zagłada
Autor:           Howard P. Lovecraft        
Wydawnictwo:     Vesper                     
Rok 1. wydania:  1917-1933                  

Zbiór dwudziestu trzech (w tym jedno na ponad sto stron) opowiadań, które nie załapały się do poprzedniego zestawienia. Prawie wszystkie powstały do 1927 roku. Większość dzieje się w Ameryce, ale są wyjątki — Houdini zwiedza Egipt, jeden z bohaterów jest lekarzem wojskowym podczas I wojny światowej... Ogólnie, ten zestaw tekstów wydaje mi się mniej homogeniczny niż pierwszy. Acz wiele opowieści wspomina o Arkham (fikcyjne miasto), a dwie dotyczą tego samego bohatera.

Opowiadania teoretycznie mają budzić grozę. Cóż, na mnie chwyty Lovecrafta nie działają. Jego prozę odbieram jako niemiłosiernie przegadaną i przeładowaną powtarzającymi się określeniami. Ciągle czytam, że coś jest ohydne, plugawe, odrażające, nieludzkie albo nie do opisania... I fetor, dużo fetoru. Bohaterowie często o mało co nie mdleją na widok przedmiotów albo innych doznań na ogół nie nadających się do odbierania przytomności.

Tym razem mniej rzucało mi się w oczy, że Autor był rasistą. Acz nadal ta osobowość nie wzbudziła mojej sympatii. Za mocno się różnimy.

Zbiór został wzbogacony o esej Lovecrafta na temat nadprzyrodzonej grozy w literaturze, bibliografię omawianych autorów (w podziale na poszczególne części opracowania) oraz posłowie tłumacza. O dziwo, ten esej czytało mi się lepiej niż opowiadania. Autor zrezygnował z nadmiaru przymiotników, pisał bardziej rzeczowo. Wprawdzie nie zgadzam się w ocenie tekstów (co mi się w literaturze podoba, to Lovecraft krytykował) i w tekście pełno spoilerów, ale lektura była przyjemniejsza.

Z usterek trafiła się często spotykana w fantasy: "niknący sierp księżyca stał bowiem wysoko na omglonym nieboskłonie. Nie rozumiem, dlaczego pisarze fantasy tak niechętnie patrzą w niebo. Jeśli nie chcą zgłębiać teorii, to niech chociaż praktyki spróbują. Otóż, im węższy sierp księżyca, tym bliżej słońca musi się znajdować (pozornie) — wschodzi niedługo przed świtem albo chowa się zaraz po zachodzie słońca i nie może wspiąć się wysoko (znaczy, może, ale za dnia, a wtedy jest słabo widoczny).

Jak słowa Lovecrafta mnie nie urzekają, tak sądzę, że tłumacz wykonał kawał dobrej roboty.

poniedziałek, 15 lutego 2021

"Topiel" — o powodzi

Tytuł:          Topiel     
Autor:          Jakub Ćwiek
Wydawnictwo:    Marginesy  
Rok 1. wydania: 2020       

Książka stała na półce z kryminałami i thrillerami, ale tak naprawdę to obyczajówka opowiadająca o powodzi w Głuchołazach w 1997 roku. No, może nie do końca czysta obyczajówka — w końcu żywioł szaleje, a gdzieś tam w tle przewija się sensacyjny wątek. Ale mam wrażenie, że woda tylko uwypukla problemy, które i tak kłębią się w niewielkiej społeczności. A jakąś zadrę czy tajemnicę ma praktycznie każda z postaci.

Bohaterami są czterej chłopcy zbliżający się do końca podstawówki. Poznajemy nastolatki, ich najbliższe rodziny, część znajomych i dziecinnych wrogów... W rezultacie wśród postaci robi się tłok godny południowoamerykańskiego serialu. Z początku mylili mi się nawet Kacper z Darkiem (to dwaj z głównych bohaterów), potem już tylko ich dziadkowie. Za dużo tego dobra jak na mój gust.

Fabuła nie zachwyciła. Przede wszystkim — oczekiwałam kryminału, a nie nieudanych wakacji nastolatków. Ponadto już na początku poznajemy finał, a właściwie jego kluczowy element. Tyle że bez imion. Czyli wiadomo, jak musi się skończyć powieść, pozostaje tylko zgadywanie, na którego z bohaterów padnie.

Ćwiek podobno zawarł sporo elementów autobiograficznych. Mimo to atmosfera do mnie nie przemawiała. Bardziej przypominała powojenne lata u Niziurskiego niż końcówkę XX wieku, tylko z elementami gangsterskimi zamiast wesołej chłopięcej przyjaźni (wygląda na to, że młodzi mężczyźni przy poznawaniu kolejnego muszą się pobić, a co najmniej sobie nawymyślać). Ja te czasy zapamiętałam całkiem inaczej niż Autor, ale może to kwestia różnic między płciami oraz między miastem a miasteczkiem.

Z usterek językowych: w jednym miejscu bohater "przebrał majtki". Jestem bardzo ciekawa, za co można przebrać majtki. Bo już za T-shirt byłoby trudno — konstrukcja całkiem inna, nawet liczba dziur się nie zgadza.

czwartek, 11 lutego 2021

"Nareszcie w Dudapeszcie" — zbiór felietonów

Tytuł:       Nareszcie w Dudapeszcie
Autor:       Krzysztof Daukszewicz  
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka      
Rok wydania: 2020                   

Zbiór krótkich kawałków, którym chyba najbliżej do polityki. Niekiedy są datowane i wówczas widać, że zaczynają się na początku 2020 roku, a kończą w okolicy sierpnia. Szkoda, że nie obejmują całego roku, a zwłaszcza października, bo chętnie przeczytałabym, co Daukszewicz sądzi o "wyroku" "trybunału".

Krótkie komentarze do ówczesnej sytuacji, sporo piosenek lub wierszy. Trochę żartów epistolarnych —  oprócz występujących sporadycznie listów do pana hrabiego, również korespondencja z synem. Zdaje się, że naprawdę pisał je syn Autora (jest podany jako współautor). Młody udaje fanatyka władzy bezkrytycznie łykającego propagandę, ojciec jeszcze go podkręca. Niekiedy meneliki — historie z życia żuli.

Jak można oczekiwać — sporo odniesień do polityki. Cóż zrobić, czasami władze zapewniają raj satyrykom, a czasami bardzo ostrą konkurencję. A tu jeszcze wyjątkowo zakręcone wybory prezydenckie, taka intensywna kampania... Są również narzekania na bezrobocie wynikające z koronawirusa i kwarantanny. Nie da się ukryć, to nie był udany rok.

Napotkałam kilka nowych dowcipów, więc lekturę można zaliczyć do udanych. Na pewno idzie szybko. Zasadniczo przyjemnie, chociaż czasem włos się jeży, kiedy człowiek wspomina niektóre rzeczy...

Książka ilustrowana obrazkami Pawła Kryńskiego. Podobieństwo do najważniejszych polityków uchwycone znakomicie.

Z wpadek rzucił mi się w oczy tylko tlenek węgla, który jakoby jest potrzebny roślinom. No, według mnie termin "tlenek węgla" oznacza CO, zwany także czadem. A rośliny wolą ditlenek (po staremu dwutlenek) węgla.