czwartek, 10 września 2020

"Dom lalki" — nieprzekonująco

Tytuł:           Dom lalki (Nora)             
Tytuł oryginału: Et Dukkehjem                 
Autor:           Henryk Ibsen                 
Wydawnictwo:     Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok 1. wydania:  1879                         

Jakoś nie przekonała mnie ta sztuka. Z jednej strony, przeszkadzał mi rozziew między wielką miłością głównych bohaterów (to całe nazywanie żony wiewióreczką i skowronkiem, codzienne deklaracje płomiennych uczuć) a ich odległością od ideału. On jest apodyktyczny, uważa, że obowiązkiem męża jest niespełnianie kaprysów żony, zabrania jej jedzenia słodyczy (bez jakiegoś poważnego powodu — ani przeciwwskazań zdrowotnych, ani nadwagi), traktuje połowicę jak dziecko, domaga się, żeby była wesoła. Ona częściowo to dziecko udaje, tańczy i się śmieje, kiedy trzeba, ale ma swoje problemy, o których nie opowiada mężowi. A słodycze i tak je — po kryjomu. Dopiero w końcówce ten dysonans znika i ostatnie strony dobrze mi się czytało.

Z drugiej strony, główny problem wydaje mi się sztuczny. Wystarczyłoby nie traktować kobiet jak istot upośledzonych umysłowo. Gdyby żona mogła zaciągnąć pożyczkę bez zgody jakiegoś ważnego w swoim życiu mężczyzny, do niczego złego by nie doszło. Inna sprawa, że trudno pozwolić na branie kredytów komuś, kto praktycznie nie ma dochodów. Ale inne kobiety w przedstawionym społeczeństwie pracują, więc to nie powinna być przeszkoda nie do ominięcia.

Trudno mi było kibicować któremuś bohaterowi — ani zadufany on nie wzbudził sympatii, ani udająca i raczej beztroska ona nie nadaje się na świetlaną postać. I co oni w sobie nawzajem widzieli? To pytanie mnie dręczyło najbardziej.

Długaśne sceny nie ułatwiały czytania. Trzy akty (każdy rozgrywa się innego dnia), trzy sceny. Brakowało mi naturalnych miejsc do przerwania lektury, więc kiedy musiałam odłożyć książkę, doczekiwałam do końca strony, nawet jeśli wypadał w połowie dialogu. No, czasami trzeba. Ten układ wzmagał poczucie znużenia.

Nie zauważyłam żadnych wpadek językowych.

niedziela, 6 września 2020

"Prawa epidemii" — wciągająco

Tytuł:           Prawa epidemii        
Tytuł oryginału: The Rules of Contagion
Autor:           Adam Kucharski        
Wydawnictwo:     Relacja               
Rok 1. wydania:  2020                  

Podtytuł: "Co wspólnego mają wirusy, kryzysy i fake newsy". Napis na okładce informuje, że książka jest bardzo aktualna. Cóż, i tak, i nie. Pierwsze wydanie oryginału pojawiło się w połowie lutego, więc jeszcze zanim koronawirus zaczął na dobre (raczej złe) szaleć po Europie. Dodajmy do tego cały proces wydawniczy... Ale prawdą jest, że książka opowiada o epidemiach w ogóle, czyli jakieś wnioski można wyciągnąć, a przydatnych informacji znajdziemy mnóstwo. Wbrew polskiemu nazwisku, Autor pracuje na londyńskiej uczelni i pisze po angielsku.

Epidemie w książce definiowane są dość szeroko — to nie tylko szerzące się choroby, ale także kryzysy finansowe, zarażanie się zachowaniami, rozprzestrzenianie informacji w Internecie i innych mediach... I widać w tej definicji sporo logiki — w gruncie rzeczy mechanizm działania jest bardzo podobny. Oczywiście, że nie identyczny (choćby dlatego, że czasami zarażanie jest zjawiskiem pożądanym — jak w kampanii reklamowej — a czasami szkodliwym), ale często można skutecznie przenosić doświadczenia z jednej dziedziny do drugiej.

Książka podzielona została na osiem rozdziałów. Te z kolei składają się z kilkustronicowych fragmentów. Każdy rozdział analizuje inny aspekt omawianego zjawiska. Tekst od czasu do czasu ilustrują wykresy i rysunki; cena akcji, liczba nowych zachorowań podczas jakiejś epidemii, schematy różnych rodzajów sieci powiązań itp.

Czyta się bardzo dobrze, bo lektura wciąga. Kucharski jakoś przemyca emocje do opisów — jak to pierwszy prawdziwy badacz malarii miał rację, ale nikt go nie słuchał, co działo się podczas kryzysu finansowego z 2008 roku... Nawet wzór na sumę ciągu geometrycznego został pokazany, jakby to było przełomowe odkrycie. Trochę historii nauki, trochę lekcji z niej wynikających, trochę do przemyślenia na teraz... Na mnie ta mieszanka podziałała bardzo pozytywnie.

Na końcu znajdują się przypisy (strasznie niewygodne rozwiązanie, wrrr!) oraz dodatkowe lektury (omówienie, a nie sucha lista). Zabrakło natomiast indeksu.

Pod względem językowym mogło być lepiej. Trafiają się błędne konstrukcje (zmienianie podmiotu w zdaniu złożonym z imiesłowem współczesnym), oraz konstrukcje dwuznaczne (i niekiedy naprawdę nie wiedziałam, co było podmiotem, a co dopełnieniem). Rozumiem, że w tekstach (popularno)naukowych powtórzenia są dopuszczalne, ale "publiczna publikacja" to już przesada.

środa, 2 września 2020

"Zagadka" — różne

Tytuł:       Zagadka. Opowiadania
Autor:       Stanisław Lem       
Tom:         1                   
Wydawnictwo: Interart            
Rok wydania: 1957-1959           

Zbiór opowiadań, które nie załapały się do żadnych cykli; ani o Pirksie, ani o Trurlu i Klapaucjuszu, ani o Ionie Tichym... Trudno znaleźć ich wspólny mianownik, a jeśli próbować, to musi on być raczej ogólny: człowiek w obliczu nieznanego.

Opowiadania są dość pesymistyczne w wymowie, może nawet ponure. Jeśli na Ziemi pojawiają się kosmici, to w złych zamiarach. A właściwie trudno powiedzieć cokolwiek o ich zamiarach, bo nie sposób się z nimi porozumieć. Zazwyczaj można co najwyżej badać (acz raczej bez większych sukcesów). Skutki pierwszego kontaktu nigdy nie są pozytywne. W pewnym stopniu wyjątek stanowi "Inwazja z Aldebarana", w której można dopatrzeć się przebłysków humoru — nie ma to jak ochronna zapora z wodorotlenku etylu. To jednak najkrótszy tekst w całym tomiku.

Historyjki mają już ponad pół wieku, ale wcale nie wyglądają staro. OK, pozmieniały się interfejsy, a tu ciągle rządzą klasyczne rozwiązania, hitem wśród urządzeń do komunikacji nadal jest telefon stacjonarny, nie dla wszystkich dostępny. Ale w głębszych warstwach teksty pozostają świeże i ciekawe. No, te hipotezy nie zostały sfalsyfikowane i mniejsza o wykorzystywane gadżety. Nie wiem, czy to dobrze świadczy o Lemie, czy kiepsko o reszcie ludzkości. Może zwalmy na ufoludki, które ciągle się do nas nie pofatygowały.

Ciekawostka — w "Inwazji" pojawia się kobieta, istota tak rzadko spotykana w książkach Autora. Ale i tak nie ma wiele do gadania.

Język bardzo bogaty. Niewiele tu banalnych słów z podstawowego słownika dwóch tysięcy wyrazów, który większości ludzi wystarcza do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Garstka neologizmów dla urozmaicenia lektury.

Jeśli mogłabym na coś narzekać, to na tytuły — zarówno całego zbioru, jak i poszczególnych opowiadań. W połowie przypadków jednowyrazowe, na tyle uniwersalne, że zdają się pasować do większości tekstów. Wątpię, żebym za kilka lat pamiętała, o czym traktował "Przyjaciel", a o czym "Szczur w labiryncie". Faktycznie, to może być "Zagadka".

Nie zauważyłam żadnych wpadek językowych. Ech, zastanawiam się, czy nawet gdyby coś wpadło mi w oko, to czasem nie wyparłabym traumatycznego kiksa ze świadomości...

sobota, 29 sierpnia 2020

"Radca stanu" — rosyjskie retro

Tytuł:           Radca stanu      
Tytuł oryginału: Статский советник
Autor:           Borys Akunin     
Wydawnictwo:     Świat Książki    
Rok 1. wydania:  1999             

Akcja rozgrywa się w carskiej Rosji, pod koniec XIX wieku. Rewolucjoniści jeszcze nie stanowią prawdziwej siły, ale już próbują zabijać niewygodnych dla siebie ludzi. Ochrana stara się im w tym przeszkadzać. Co drugi wyższy urzędnik ma własne cele, knuje przeciwko rywalom, podlizuje się przełożonym, poniża podwładnych... Jak to w rosyjskiej autokracji...

Książce brakuje tego, czego oczekuję od kryminałów — zagadki do rozwiązania, jakichś tam szans na odgadnięcie, kto zabił. Tutaj śledzimy akcję dwutorowo: z jednej strony dostajemy opis działań rewolucjonistów, z drugiej policji. Doskonale wiemy, kto i kiedy pociągnął za spust. Niewiadomą pozostaje tylko, kto jest tajemniczym dobroczyńcą, a kto zdrajcą w tej czy innej grupie.

Bohaterem jest Fandorin (protagonista w całym cyklu powieści). Odnoszę wrażenie, że jest trochę przekokszony. Inteligenty, sprawny fizycznie, przystojny, amant... W pewien sposób kojarzył mi się z inspektorem Clouseau z "Różowej Pantery". Zapewne z powodu japońskiego służącego, z którym trenuje sztuki walki. Tylko nie jest zabawny, a wszystkie zalety potraktowane są poważnie. Co samo w sobie staje się śmieszne.

Mimo licznych walorów Fandorin nie ma zbyt wielkiego wpływu na akcję. Trochę w tym wpływu rosyjskiego systemu urzędniczego, w którym większość energii poświęca się na pilnowanie stołka, jednak w pewnym stopniu to główny bohater pozwala wydarzeniom sobą miotać.

Ciekawie wypada niejednoznaczność postaci i sympatii czytelnika. Z jednej strony wiadomo, czym skończy się rosyjska rewolucja (no i w końcu to terroryści). Z drugiej — policja to też nie są szlachetni rycerze na białych rumakach. A tak naprawdę to nikt nie troszczy się o najbardziej uciskane warstwy.

Pod względem językowym całkiem nieźle, zauważyłam tylko jedną literówkę.

wtorek, 25 sierpnia 2020

"Chemia środowiska" — o pierwiastkach

Tytuł:           Chemia środowiska      
Tytuł oryginału: Environmental Chemistry
Autor:           Peter O'Neill          
Wydawnictwo:     Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok 1. wydania:  1985                   

Książka mówi o obiegu kilku pierwiastków w przyrodzie. Załapały się te najważniejsze dla życia i planety: tlen, wodór, węgiel, azot, siarka, fosfor, krzem, żelazo, glin, wapń i magnez, sód i potas. Prawie każdy dostaje własny rozdział (cztery ostatnie zostały połączone w pary). Dodatkowo, ostatnia część opowiada o truciznach i innych przysparzających problemów pierwiastkach (ołów, rtęć, cynk i kadm, radon) i związkach.

Typowy rozdział zaczyna się od opisu obiegu danego pierwiastka w przyrodzie. Po nim następują dość dygresyjne omówienia różnych zagadnień związanych z daną substancją. Na przykład przy azocie są to: "tlenki azotu w atmosferze", "nawozy azotowe", "azotany w wodzie pitnej" oraz "dieta fizjologiczna i produkcja żywności". Oczywiście, w poszczególnych rozdziałach nie da się kurczowo trzymać jednego pierwiastka, przy okazji trzeba zahaczyć o inne.

Książka ciekawa, ale niekoniecznie łatwa w odbiorze. To bardziej wykład (i przeznaczony głównie dla studentów pokrewnej tematyki) niż gawęda. Język przesycony żargonem i nazwami substancji, choć trzeba przyznać, że wiele terminów wyjaśniono w słowniczku. Dużo rysunków, ale wiele z nich wydaje mi się niejasne i/lub niedostatecznie opisane. Jakby prosiły o dodatkowy komentarz wykładowcy. Jeszcze więcej równań reakcji.

Ogółem — lektura bogata w informacje, wręcz gęsta. Można sporo się dowiedzieć, lecz zawarta wiedza wymaga długiego trawienia, zanim zostanie przyswojona.

Zauważyłam zabawne zjawisko. Autor szczegółowo tłumaczy pojęcia spoza swojej dziedziny (nawet raczej proste, jak na przykład heterotrofy), ale własne poletko traktuje skrótowo. Jakby zakładał, że to są podstawy i każdy ma obowiązek je znać.

Na końcu książki umieszczono słowniczek oraz skorowidz rzeczowy. Brak natomiast bibliografii, co nieco dziwi w publikacji PWN.

Nie zauważyłam kiksów językowych.