piątek, 30 czerwca 2017

"Dziesiąte podejście" — zbiór SF

Tytuł:           Dziesiąte podejście
Tytuł oryginału: Tenth Time Around  
Autor:           J.T. McIntosh      
Wydawnictwo:     Alfa               
Rok 1. wydania:  1953-1965          

Zbiorek dziesięciu opowiadań SF (z całą pewnością nie hard). Dość szybka lektura, raczej przyjemna. Podobno pierwszy zbiór tego Autora. Teksty wcześniej pojawiały się w różnych czasopismach, więc kolekcja raczej sztuczna, nie ma co doszukiwać się lejtmotywu.

Opowiadania dość zróżnicowane tematycznie, oparte na różnych pomysłach. Dość dużo tematyki damsko-męskiej. Czasami McIntosh gra na emocjach i stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach, czasami koncentruje się na walce (ale nie na rąbance) o coś tam. Znamienna wydaje mi się silna reprezentacja szpiegów w książce. Sądzę, że zimna wojna wywarła olbrzymi wpływ na teksty.

Bohaterowie również urozmaiceni — kobiety, mężczyźni, androidzi, małżeństwa... Na ogół potrafili sobie zaskarbić moją sympatię, a co najmniej zainteresowanie losami.

Fikcji w tym SF nie brakuje, ale niekiedy pierwiastek S bywa niedopracowany — jaki płonący wodór lecący od Słońca w stronę Ziemi? Skąd brałby tlen do spalania? Po wybuchu bomby atomowej źródło energii gwiazd już powinno być znane. "Standardowy przedział" zamiast "odchylenia standardowego" (chociaż to może być kwestia tłumaczenia). Acz ogólnie odnoszę wrażenie, że Autor mocno wierzy w potęgę nauki — w historyjkach nie brakuje kolonii na innych planetach, androidów ani innych objawów dobrze rozwiniętej techniki.

Język nie jest zły, ale mógł być lepszy. Przeszkadzały mi liczby zapisywane cyframi, nawet w dialogach. Sporadyczne literówki mogłabym jakoś przeżyć.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

"Dzieci Wszechświata" — przestarzałe

Tytuł:           Dzieci Wszechświata          
Tytuł oryginału: Kinder des Weltalls          
Autor:           Hoimar von Ditfurth          
Wydawnictwo:     Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok 1. wydania:  1970                         

Książka nie zestarzała się z taką gracją, jak "Duch nie spadł z nieba". O bardzo wielu rzeczach wiedziałam już wcześniej, a tu Autor próbuje mi sprzedać podstawy ewolucji, wędrówkę kontynentów czy datowanie za pomocą radioaktywnych izotopów jako nowość i przełom z ostatnich lat. Do tego wiele się pozmieniało w nauce od czasu napisania książki: nie zgadza się liczba planet ani liczba znanych pierwiastków, o dinozaurach robią kreskówki dla dzieci...

Ditfurth nadal wykazuje talent popularyzatorski, wymyśla interesujące metafory i modele, ale jego wysiłki bardzo często trafiają w próżnię — rzadko kiedy dowiadywałam się czegoś nowego. Acz przyznaję, że to się zdarzało. Czasem również poznawałam więcej szczegółów zjawiska, o którym wcześniej słyszałam bardzo pobieżnie.

Książka mówi o związkach między życiem na Ziemi a Wszechświatem (ze szczególnym uwzględnieniem Układu Słonecznego). Te zależności nie są tak proste, jak to się wydaje na pierwszy rzut oka. Na przykład Słońce nie tylko wysyła nam energię wychwytywaną przez rośliny. Wpływu Księżyca też nie należy zaniedbywać.

Przy tych wszystkich uwarunkowaniach aż nasuwa się zasada antropiczna. Autor jednak przez cały czas stara się jej unikać. Chociaż niektóre sformułowania (na przykład to o "kosztownej ewolucji" białego karła, który nie rozrzuca wytworzonych pierwiastków w eksplozji supernowej) wydają się niezręczne.

Nie mam zastrzeżeń do języka, poza tym, że niektóre sformułowania obecnie wydają się naiwne. Słownictwo bardzo przystępne, żadnego żargonu tylko dla wtajemniczonych.

czwartek, 22 czerwca 2017

"Sokół maltański" — amerykański kryminał noir

Tytuł:           Sokół maltański   
Tytuł oryginału: The Maltese Falcon
Autor:           Dashiell Hammett  
Wydawnictwo:     Iskry             
Rok 1. wydania:  1930              

Najbardziej znana powieść Hammetta, podobno zapoczątkowała nurt noir w kryminałach, z pewnością można ją uznać za klasykę gatunku. Cóż, nie przypadła mi do gustu. Zdecydowanie wolę wariant brytyjski, w którym detektyw częściej używa mózgu niż pięści, częściej myśli niż blefuje. No i zachowuje się jak dżentelmen.

Akcja rozgrywa się w San Francisco, chyba w czasach prohibicji, chociaż nie rzuca się to w oczy. Gliniarze są głupi, prokurator niewiele mądrzejszy, prawie każdy wymachuje rewolwerem, a rozwiązywanie problemów polega głównie na zastraszaniu przeciwnika.

Nie potrafiłam się zmusić do kibicowania detektywowi. Niby na samym początku ktoś mu zabija partnera, ale jakoś wcale nie życzyłam bohaterowi powodzenia w śledztwie. Być może dlatego, że on się niezbyt przejął śmiercią wspólnika. Ba, żona zastrzelonego podejrzewa, że to protagonista zamordował, aby móc ją poślubić.

Jeszcze mniej podobała mi się rola kobiet w powieści. Głupiutkie i bardziej puste w środku niż wydmuszka, ładnie wyglądają, parzą kawę, przygotowują jedzenie, robią głupoty natychmiast po spuszczeniu z oczu, lgną do cynicznego bohatera jak muchy do... Rozumiem, że model kobiety bardzo się zmienił po drugiej wojnie światowej i wymyśleniu antykoncepcji, ale dlaczego wszystkie lepią się do tej łajzy, a między uszami mają wyłącznie intuicję? Przynajmniej przeważnie dobre z nich duszyczki.

Książka krótka, ale mam wrażenie, że znalazło się w niej miejsce dla wielu zapychaczy. Bohater nic, tylko skręca sobie papierosy. Słowo "kapelusz" też pada podejrzanie często. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy to nie są jakieś fetysze Autora.

Język raczej prosty, słownictwo nie razi bogactwem. Ale przynajmniej literówek raczej nie ma. Braki w przecinkach kładę na karb zmian, które w międzyczasie zaszły w polszczyźnie.

niedziela, 18 czerwca 2017

"Mort" — śmierć w Świecie Dysku

Tytuł:             Mort           
Tytuł tłumaczenia: Mort           
Autor:             Terry Pratchett
Wydawnictwo:       Corgi Books    
Rok 1. wydania:    1987           

Czwarty tom "Świata Dysku", początek podcyklu o Śmierci. Tym razem temat poważniejszy, więc satyry jakby mniej. No bo Śmierć musi się czasami czuć bardzo samotny (w angielskim temu słowu przypisuje się rodzaj męski) — nikt go nie lubi, nie zaprasza na imprezy... Ale z powieścią nie jest tak ponuro, żeby w ogóle nie dało się uśmiechnąć.

Tytułowy Mort (zdrobnienie od Mortimera) to chłopiec, którego Śmierć bierze na czeladnika. Przy okazji dowiadujemy się więcej o miejscu, w którym zamieszka i poznajemy pozostałych domowników. A wbrew pozorom gospodarz ma córkę.

W tej powieści pojawia się fabuła jako fabuła, a nie tło do żarcików. Wprawdzie zbliżona do romansu, ale pewnie od czegoś trzeba było zacząć. Romans na wesoło, bez westchnień i serenad da się przeżyć. A nie może być poważnie, skoro to Śmierć bierze się do aranżowania związków. Pierwsza dłuższa rozmowa dwojga swatanych to właściwie obrzucanie się delikatnymi inwektywami.

Pratchett zaczyna szaleć z formą — mamy tu przypisy do przypisów. Kolejna okazja, żeby wcisnąć do tekstu ironiczny komentarz. Albo nawet dwa.

Nie brak również tradycyjnego humoru — ani zaskakujących porównań, ani bazującego na grze słów. Mój ulubiony fragment to:
Yeah, them, and the princesses were beautiful as the day is long and so noble they, they could pee through a dozen matresses.
Po raz kolejny współczuję tłumaczowi. Pratchett styl ma lekki, ale przekładanie to ciężki kawałek chleba.

Warto jeszcze wspomnieć o grze słów w tytule — "mort" po francusku znaczy "śmierć" i angielski zaczerpnął wiele terminów z tego źródełka (kto nie słyszał o "Mortal Combat"?). A u nas mamy chyba tylko przestarzałą "mortyfikację" i łacińskie "rigor mortis". Ale może "martwy" z tego samego korzenia wyrasta?

środa, 14 czerwca 2017

"Legion" — historyczna jatka

Tytuł:           Legion              
Autor:           Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo:     Zysk i S-ka         
Rok 1. wydania:  2013                

Spodobała mi się "Korona śniegu i krwi", udany mariaż historii (rozbicia dzielnicowego) i fantastyki. Miałam nadzieję na powtórkę z rozrywki, więc wzięłam się za "Legion", chociaż dotyczy okresu, którego nie cierpię — drugiej wojny światowej. A tu rozczarowanie, bo w tej książce fantastyki w ogóle nie ma, została tylko jatka.

Gruba księga, z wieloma postaciami (zazwyczaj kiedyś naprawdę żyjącymi) i wątkami. Jej napisanie musiało wymagać potwornej ilości badań. Doceniam wysiłek, chociaż te ziarna padły na wyjątkowo niesprzyjający grunt.

Fabuła dotyczy wyjątkowej jednostki wojskowej. Nie wciągnęła, ale i nie miała na to szansy — z grubsza wiedziałam, jak się muszą skończyć wątki bazujące na historycznym tle, polityczne przepychanki mierziły, a te drobne, ludzkie, obyczajowe nigdy mnie nie ciekawiły. Tylko żal było patrzeć, jak wartościowi ludzie tracą życia, a kanalie kwitną, dopóki nie trafią na silniejszego.

Bohaterów mnóstwo, ale właściwie nie ma żadnego głównego, tylko niektórzy pojawiają się na kartach częściej. Słabo orientuję się w strukturach armijnych, więc wojskowych było najtrudniej zapamiętać. Szczególnie mylili mi się Ząb i Żbik.

W pewnym momencie zaczęła mnie bardzo razić czarno-białość organizacji. Tylko jedna grupa jest szlachetna, inteligentna i bez skazy (o, oni długo przed wybuchem wiedzieli, że Powstanie Warszawskie nie ma sensu). Ich sprzymierzeńców jeszcze można polubić, ale wrogowie to niemal nieodmiennie albo idioci, albo bandyci, a często jedno i drugie. Kiedy czytam opowieść, w której po jednej stronie stoją sami dobrzy ludzie, a po drugiej sami źli, zaczynam podejrzewać, że to bajka dla dzieci lub propaganda. Nie pomagało, że wybrańcy są tak skrajnie prawicowi, że AK przy nich wychodzi na zbieraninę podejrzanych ludzi zawzięcie kolaborujących z komunistami.

Za to na plus zróżnicowana narracja — od czasu do czasu dostajemy króciutką biograficzną notkę pojawiającej się postaci albo wycinek z prasy czy raportu, podany zmienioną czcionką. Takie wstawki urozmaicały lekturę.

Język pozostawia wiele do życzenia. Nie tylko zagubione podmioty, liczby zapisywane cyframi w dialogach, ale również "ubieranie munduru" (s. 646), a nawet błąd ortograficzny (s. 618). Otóż "marz" wiąże się z marzeniami, a "maż" z mazaniem. Wypadałoby ich nie mylić. Przeszkadzały mi również anachroniczne nawiązania do współczesnych filmów.